0000-7036-debiut_b_sml_120

Debiut

Autor:  Grzegorz Giedrys
Gatunek: Poezja
Wydawca: Portret
Data wydania: 2009
Data dodania:  25 lipca 2010, 05:44:32
ISBN: 9788360477205

Krótki opis:

Druga książka

Fragment:

Szkic do snu sentymentalnego

 

W tym obrazku jeszcze nic nie jest wyraźne.

(Nawet ślina przeszkadza: budzi, gorzka

jak zalana wrzątkiem popielniczka.) Widzę ją

wreszcie. Zbliża się do mnie. Ma ciemniejszą

skórę na kolanach i wiecznie brudne łokcie.

(W jej spojówkach zalęgły się mrówki. Biegają

pod przezroczystymi powiekami.) I wskazuje

mnie palcem szczupłym od nikotyny. „Chodź tu”,

mówi i odsłania piersi. Lekko zamszowe z wierzchu,

wewnątrz pełne pepsi. (Od tego mleka wypadają zęby.

W sennikach oznacza to śmierć.) „I zgaś światło

- szepcze. - A wtedy się nie zarazisz”. Podchodzę.

„Ty i ja się nie rymuje”, mówi. (Od jej ciepła

sen się wydłuża.) „Nie jesteś do rymu”, powtarza.

I tylko to jedno jak refren: „To moja wina, tylko

moja, jesteś czysty, zaczynasz od nowa”.

 

 

-36,6°C

 

Opowiadałaś mi, że gdy wzdłuż kręgosłupa przebiega dreszcz, to dusza zmarłego przechodzi przez ciało. Aniu, płynie przeze mnie rzeka śmierci.

O tej porze roku bezdomni bawią się w ciepło-zimno. Jest trzecia w nocy i wszystko mi podpowiada: „Połóż się na tym szkliwie. Jest gotowe na przyjęcie twojego ciepła. A kiedy rzeczy wokół ciebie staną się doskonałe, przyjdzie sen tak delikatny, że będziesz bał się oddychać, byleby tylko go nie spłoszyć. I przez sen przejdą mężczyźni z zajęczymi wargami i dzieci, które swoje wodogłowie noszą w rozstępach na piersiach matek. Stare kobiety usiądą ci na kolanach, włożą do gardła język i urodzą trochę czerwonych i żółtych liści”.

Budzą mnie przegryzione wargi. Są gliną, którą mróz spaja w spękane naczynie. Za ogrodzeniem sąsiadów tworzy się jednia psa i chodnika. -36,6°C krąży we mnie jak pęcherzyk powietrza. Spocone palce przymarzają do klucza.

 

 

Wiersz dla dorastającego dziewczęcia z dobrego domu

 

Wróciłem, kiedy zagoiły się wszystkie plamy

na prześcieradłach. Na tyle wyraźny, że mogę siebie

rozczytać. Nie muszę teraz rozpuszczać niczyich

włosów pod językiem, składać dłoni do papierosa

jak do modlitwy. Nic poza tym się nie zmieniło -

chcę napisać Biblię. Nie dla tłumów, lecz jedynie

dla ciebie, który za mną pójdziesz. Ale cicho.

Cicho noszę serce, tę przepuklinę lekką jak kości

ptaków. Już cicho. Cicho musisz mnie nienawidzić,

cicho wiedzieć o mnie wszystko.

 

 

Z kronik kryminalnych

 

Utonie i żadna wodoodporna maskara jej nie pomoże.

List w koszuli lekko uwiera w pierś. Pisała piórem.

Specjalnie. Tylko jedno zdanie długopisem.

Nie daliście mi ani jednego powodu, bym została.

 

Teraz na moście widzi wszystko dokładniej. Ma dziesięć lat.

Nożem wymierza odległość między żebrami. Albo później.

Żyletki ojca leżą nieco wyżej niż sięga jej wzrok.

Winą za pierwsze sprucie skóry obarczy kota.

 

Wiatr strąca z niej ostatnie słowa, ubiera w szelesty,

fałduje rzekę. Długie, przetłuszczone włosy splotą się

w locie w warkocz. Spopieleją w pamięci surowe

twarze bliskich. Dziecko w niej pokryje zamsz.

 

 

0°C (cover version)

 

Gonna leave this town

Gonna make a whole lotta money

Gonna be big, yeah

I'm gonna buy this town

An' put it all in my shoe

Jimi Hendrix Hear „My Train A Comin’”

 

Torowisko pokrywał śnieg, więc wyrzucał niedopałki, aby chociaż maszynista mógł po nich wrócić do siebie. Butelka po coca coli toczyła się po podłodze wagonu. Zostawiała przyjemne, lepkie ślady. Siłą woli próbował zamienić je w pepsi.

Milczał od pierwszego zakrętu tej ucieczki. Matka powtarzała mu zawsze: „Musisz być ciszą. Jest najjaśniejsza z barw. Niech bankomat ogrzewa twoją kartę. Niech to ciepło utrzymuje ciebie przy życiu”. Dlatego był ciszą, a pieniądze czasami ocieplały mu dłonie. Rozumiał, że Bóg jest w nim jedynie metaforą. Że o wiele więcej ciał opisał niż dotknął. Że ze wszystkich ludzkich odruchów najwyżej cenił wymiotny.

Wyszedł z pociągu. Spod jego stóp usuwały się cienie. Wytrzeszczone od ulicznych świateł tuż za nim się zbiegały. Ślisko w tych jego pogoniach, zatrzymaniach, potknięciach. Ślisko. Zaorać to miasto z solą.

 

 

Olsztyn. Wersja zimowa

 

Jest jeszcze trochę śpiący i w rurach pod nim

płynie kofeina. Wygląda jak narysowany kredą.

Latarnie i drzewa obrane z liści utrzymują go

na powierzchni stycznia. Biel boleśnie skraca

źrenice i teraz udaje śmierć. Olsztyn z trudem się

spod niej wytrąca. Piasek pod butami szkli się na sól.

 

 

Olsztyn. Wersja letnia

 

Świta. Narodziny rozkładów jazdy. Po murach

wspina się niepewne jak rtęć słońce. Olsztyn

wydaje się jeszcze niesamodzielny. Zaczyna

płowieć, więc sprowadza deszcz na swoje barwy.

Na dachy kryte czerwonawą łuską, na chodniki

pachnące jak spocona kobieta. W tej dolinie

wyschłych kości wszystko poznaje się jak części

własnego ciała. Piasek pod powiekami szkli się na sól.

 

 

36,6º C

 

Zgubiłem się. Muszę teraz uwierzyć w jeden, święty i powszechny bilet, który wywiedzie mnie z tej ziemi. Zatrzymuję się na wszystkich przejściach dla pieszych. Patrzę w lewo, patrzę w prawo, nic nie jedzie, ruszam żwawo.

Unikam ludzi o dłoniach suchych jak ulotka. Przechodzę obok dziewczynek w komunijnych sukienkach. Czuję zapach lakieru, który upina w ich włosach plastikowe konwalie.

Soki rozgotowują się w polakierowanych słojach ławek, a od upału rozciągają się chodniki. Jestem już blisko. Sąsiadki wracają z popołudniowej mszy. Nie pocą się wcale, bo latem kwitnie w nich woda, cięższa o wieczność.

Na klatce schodowej uginają się pode mną drewniane stopnie. Chłód. Na ścianach pierwsze krople wody. Głosy płyną w rurach. Ta bez krtani śpiewa. Temu, który pracuje w punkcie ksero, urodziły się tydzień temu bliźnięta.

„Jestem” - mówię do niej. Trzydzieści sześć i sześć kresek i ich ostrożne, tłuste stawianie kroków na plecach, pod pachami, w pachwinie. Ktoś wyszedł przed kamienicę i krzyknął trzykrotnie „Biada”, a trzecia część świateł w pokojach od ulicy zapaliła się. Wystarczy już, wystarczy.

 

 

Szkic do snu sentymentalnego

 

One, two, Freddy's coming for you,

Three, four, better lock your door,

Five, six, grab your crucifix...

Seven, eight, better stay up late...

Nine, ten, never sleep again...

Z filmu „Koszmar z ulicy Wiązów”

 

Wbrew gramatyce snu odczuwała w tym miejscu grawitację. Dzieci, które biegały wokół niej, dopiero uczyły się liczyć: „Raz, dwa, Janek ma. Trzy, cztery, smaczne sery. Pięć, sześć, chciał je zjeść. Siedem, osiem, spotkał Zosię. Dziewięć, dziesięć, schował w kieszeń”. Rymy chwiały jej zębami, więc bała się głębiej oddychać, byleby tylko nie wyłamać ich z dziąseł. Senniki mówią, że to zwiastuje choroby lub śmierć.

(Śmierć zawsze daje znak. Na moment przed jej nadejściem kontury nie domykają kształtów, a barwy słabo przylegają do rzeczy, które rzucają wąski, niedokrwiony cień. Wokół unosi się coś, werniks utrwalający przepaść między skończonością a nieskończonością szkicu.)

Przez chwilę chciała stąd uciec i rzucić przez lewe ramię grzebień, aby las z niego wystrzelił i ją schronił. Chciała za siebie rzucić apaszkę, aby rozwinęła się w rzekę, której nikt by nie pokonał. Rozchwiane linie ścięły się w końcu w znajomą postać. Nie rozumiała w niej tylko tych rękawic z brzytwami.

Wierząc w symbolikę snu rozległą jak racjonalność, mówiła: „Te blizny. Ogień je wyssał. Wyssałeś mi kiedyś ślad nad piersią. Pamiętasz? Ten sweter w spłowiałe szaro-czerwone pasy. Byłeś przy mnie, jak go kupiłam. Nie muszę się przeciskać przez powietrze. Ale to sen. Uszczypnij mnie”.

 

 

Czułość

 

You give me the reason,

You give me control.

I gave you my purity,

My purity you stole.

Nine Inch Nails „Sin”

 

Przyjąłem ciebie z wszystkimi twoimi nawykami

i ulubionymi pozycjami. I nadal w niektórych

gestach odczuwam niepokojącą obecność innych

mężczyzn.

 

Pili z ciebie gorzki alkohol perfum.

Wargi wyprażyły rdzę na twoich kolczykach.

Od ciepła pociemniały ci sutki. Podawałaś

im skórę i układali ją w palcach.

Mogli na tobie kreślić znaki nieskończoności,

które znikały od razu, gdy krople śliny

dojrzały na podbrzuszu.

 

To proste, tylko trudno o tym mówić:

że się nad tobą pocili, że wypełniali ciebie

w ten oczywisty sposób, że w lustrach byłaś

później inna, w lustrach trochę obca, że odtąd

było łatwiej, że mniej bolało, że czuło się to

bardziej w środku. Że poruszali się w mięsie

oswojonego zwierzęcia.

 

 

Trzy wiersze o zdradzie

 

1.

Wiem, że jesteś przy mnie. Tak oczywista, o mocnych,

zatłuszczonych granicach. Czasami całą powierzchnią

skóry chcę ciebie zdradzić. Wypełnić w innych kobietach

wszystkie wolne miejsca, rubryki i sny. Po to, aby mnie

przymierzały, by sprawdzały, czy dobrze na nich leżę.

 

I nie powiem już nigdy, że to polega na czekaniu,

dopóki źrenica wiersza nie obróci się w czyjąś stronę.

 

Bo to jedynie wiersz. A ten jest jak włos, bez nerwów

i krwi - jeśli nie mówi nic, jeśli nie mówi wcale. I ty uspokoisz

zwierzę mleczne w sobie, i ja uspokoję zwierzę juczne.

 

2.

Usłyszałeś jej głos. Był obcy. Nie wplotła się

w niego żadna chwiejność. Jej zdrada musiała być tak

piękna, że nie pozostawiła po sobie fałszywego tonu.

 

Pomyśl: to jedno krótkie „teraz” przebiegło wtedy

w poprzek ich twarzy. I później on, w jej źrenicy zwężony,

streszczony w jej miękkich granicach.

 

Pomyśl: wiersz o zdradzie jest jak szkic do obrazu,

który trzeba wypełnić czymś bardziej jednoznacznym

niż krwią i śliną. Namydlić tym swoją pętlę? Przeżyć?

 

3.

Jest tak, jak myślisz.

Jej twarz składała się wtedy z krzyku

i wstrętu. Udawała, że to starannie

wyuczony wyraz. I po wszystkim zapytała,

jak było. - To pierwsza sobota,

która się we mnie skończyła - powtarzała.

 

Jest tak, jak myślisz.

Na wszelki wypadek nie uczę się imion,

nie rozumiem słów, ciał, mieszkań.

Muszę je tylko przeczekać.

Aż przycichną.

 

Jeśli jest tak, jak myślisz,

to zapraszasz ją do domu,

przyjmujesz do siebie.

Siada przy twoim stole

i śpi w twojej pościeli.

Porastasz jej cieniem.

 

 

Abraham i Izaak

 

W nocy, która okazała się najdłuższą w historii ludzkości, Abraham postanowił, że weźmie syna i dwóch niewolników i wyruszy w pustynię, pozostawiając za sobą tych, którzy później w rozpaczy mieli zawisnąć na rzęsach. Nad ranem nikt nie wyszedł, aby ich pożegnać. Nic nie wskazywało, że ta wędrówka będzie inna od poprzednich.

Gdy przedzierali się przez piaski, Abraham udowadniał sobie, że Bóg boi się ludzi, bowiem wyrzuciwszy ich z Raju, podarował im dzieciństwo. Izaak zaś odkrył, że śmierć jest na wpółślepa, ale dotykając przedmiot po przedmiocie, natknie się w końcu na jego skórę i pozostawi na niej znak.

Trzeciego dnia Abraham zauważył chmury, przez które przeciskały się rozświetlone skały Morii. U zbocza kazał siebie ściągnąć z wołu, a następnie odprawił niewolników, mówiąc im, aby poprzez pustynię wrócili do obozowiska. Kiedy tamci stali się mali jak ziarnka, które mógłby rozwiać wiatr, Abraham zdjął sznur przytroczony do swojego pasa i skrępował nim syna. Izaak nie rozumiał ojca. Mógł łatwo uwolnić się z powrozów, ale pozwolił siebie prowadzić.

Wspinali się w milczeniu. Abraham czekał, aż Pan przemówi, a sam stał się wrażliwy na każdy miękki ruch w cierniach i krzewach, wrażliwy na ofiarę, w której runo zaplątały się kolce.

Na szczycie wszystko było przygotowane. Kamień ścięty przez wodę, suche łodygi złożone w jednym miejscu. Abraham po raz pierwszy bał się spojrzeć synowi w oczy. Pochylił więc jego kark, wyciągnął nóż, wzniósł swoje ramię, które przekroczyło granice chmury.

Malarze i poeci zapamiętali ich dopiero w tym momencie, kiedy stało się jasne, że w dłoni nieprzywykłej do kościanej rękojeści oślepł nóż.

 

 

Mężczyzna z dwiema źrenicami w prawym oku

 

Mężczyzna z dwiema źrenicami w prawym oku zatrudnił się w gastronomii, chociaż jego kwalifikacje są o wiele wyższe. Znudziły go już demografie i statystyki, przeniósł się więc w sam środek ludzkiego niespełnienia. Klienci baru, w którym podaje piwo i zakąski, zdążyli się oswoić z jego kalectwem, więc w dobrym tonie jest milczeć na ten temat.

Mężczyzna patrzy na ciebie swoją dodatkową źrenicą i mówiąc: „Dżjani-radżan, ołn-kar, raran-kar, soł-hang, sat-nam”, obiecuje ci piekło. Przeżywasz to jak epifanię, jak Podniesienie. Te kilka złotych w twojej kieszeni w cudowny sposób się rozmnaża, a powietrze kładzie się na tobie jak światło.

Wszyscy odsuwają się i zostajesz sam na sam z barmanem. Uśmiecha się i wyznaje: „Mam serce po prawej stronie, dlatego krew o niemal niewyczuwalnej woni siarki krąży we mnie w przeciwnym kierunku. Nie musisz nic mówić, bo wiem o tobie wszystko”.

Wskazuje trzy kobiety przy stoliku: „Spójrz na nie, przyszły tu dla ciebie. Możesz mieć każdą z nich. Ich wnętrza wyścieliłem pluszem. Są piękne jak antyczne rzeźby o odległych, nieobecnych ramionach, o nieotwartych przegubach. Albo tamta. Widzisz właśnie, jak jej twarz wyłuskuje z mroku płomień zapalniczki, oddziela od tła i wygasza. Ona też może należeć do ciebie. Musisz wiedzieć, że stroni od tych wszystkich tarłowisk, z których wychodzi się z dłońmi nieczystymi od tandetnego mydła i banknotów. Domyślasz się pewnie, czego od ciebie oczekuję w zamian. W zasadzie to nic wielkiego - ty czynisz podobnie, gdy za złotówkę kupujesz sumienie żebraka”.

Wybrałeś. Świadkowie Jehowy wynajmują na godzinę wszystkie baseny w mieście, małżeństwa zaczynają pachnieć uczuleniem na lateks, drzwi z kredą k+m+b pozostaną dla ciebie na zawsze zamknięte.

Wychodzisz. Na razie cisza. Pod tobą i nad tobą poruszają się sfery. Po niebie snują się chmury ciężkie jak wątroba. Czekasz, aż zejdą z ciebie brudne bandaże tamtego wnętrza. I gdy twój wzrok przebiegnie po tych słowach, gdy tylko zaczepi o ostatni znak, ziemia otworzy się u twoich stóp, a potem się zamknie, przysłaniając ciebie darnią i liśćmi.

 

 

***

 

Szklany różaniec, spłoszony wzrok, tłuste okulary. Miękkie szczęki kobiety siedzącej naprzeciwko układają się: „i w godzinie śmierci naszej”. Mróz rozświetla szybę i rozciąga się w Marię w koronie. Dzieciątko śpi w ramionach matki i obrasta w świat. Za oknem barwy nie zejdą się już nigdy w wyraźny horyzont.

Pasażerka zmienia paciorek. Nie przestaje mówić do matki jedynego mężczyzny, który za nią cierpiał i zginął. Wstaje, żeby z wewnętrznej kieszeni beżowego prochowca wyjąć bilet. Jest Chrystus między rozłożonymi skrzydłami jej portfela. Ma lekko uniesioną prawą dłoń. Lewą obrócił, tak że uwypukla się na niej krótka linia zapowiadająca niedaleką śmierć.

A potem stara znów przetacza modlitwę w Marię, przetacza w nią swoje wołanie. Koła pociągu podają rytm jej szczękom. Spod słuchawek siedzącej obok dziewczyny przebija każdy niski ton i akcent. Od uderzeń werbla drżą powieki.

Gdy palce kobiety wreszcie zasypiają, jej dusza wędruje i wywołuje wojny. Nie mogę wierzyć w duszę, w ten ostateczny stan skupienia zwierząt. Bo przetaczając błogosławioną między pasażerami w ten wiersz, pozostanę grzeszny i zasłużę na ogień.

 

 

***

 

Nieustannie zbliża się. Ociera się o mnie na przejściach dla pieszych, na chodnikach i w barach. Odwiedza moich sąsiadów i zostawia mi po nich kilka pożyczonych przedmiotów, których później nie wypada zwracać. Ukrywa się w rozporządzeniach ministra zdrowia, wybiera raka albo choroby serca. Unosi się w napisach na spalonych papierosach. Przybiera imię benzoesanu sodu, aspartamu, tłuszczów nasyconych i zatacza we mnie kręgi.

Znajomych wyrzuca z pociągów albo wbija w kierownice. Zostawia kawałki asfaltu w ich plecach, zostawia szkła w źrenicy. Oddycha sznurem, pije krew miesięczną. Żywi się płucami, wątrobami i żołądkami. Mówi wyrwanym językiem. Myśli amfetaminą z przeciwzbrylaczem, a pomniki stawia sobie z lastryko.

Metody jej działania w istocie się nie zmieniły. Tylko system kodów paskowych porządkuje świat lepiej niż pudła na wyrwane zęby, kościane grzebienie, sczerniałe srebro sztućców. Wprawną ręką oddziela plony od plew, dorosłych od dzieci, kobiety od mężczyzn, mięso od kości. Tym, co zostali, mówi: - Wierzący mogą się modlić, niewierzący niech klaszczą.

I kiedy przesącza dusze przez ziemię, oglądam telewizję. Wpatruję się chwilę w ten bursztyn, który trzyma ciała i głosy z dala od niej. A potem już razem liczymy ofiary i ustalamy listy nieobecności.

Jesteśmy tylko my, którzy patrzymy sobie w oczy.

 

 

Jak psa

 

Nie starczy miejsc na nekrologi, nie starczy miejsc,

krzyże przybiją do drzew. RMF FM poda

informacje dla obrony przeciwlotniczej.

Przysypią nas wapnem, nawet nie rozbiorą.

Bać się słów „i w godzinie śmierci naszej",

ucieczek na słodkie łono Matki Eklezji,

wiary tylko w bolesne tajemnice różańca.

Daremne wargi rozciągać w czerwoną pręgę,

swój cichy sprzeciw ubierać w blizny po okularach

i rozstępy na skroniach.

 

 

Sąd Ostateczny

 

Rozdzwoniły się spiże, nabrzmiały trąby. Bóg wcisnął default i wszystko wróciło do swoich domyślnych postaci. Pan, jak wcześniej oddzielił od siebie kształty, tak teraz zamalował je równymi, apokaliptycznymi pociągnięciami pędzla.

- Powstańcie z martwych. Pójdźcie pod sąd - oznajmili aniołowie.

Oto Bóg powołał ludzkość przed swoje oblicze. Jego światło było bezlitosne i uwyraźniało każdą niedoskonałość. Wszyscy czuli się w nim nadzy. Wielu dojrzało i trzeba było obrać ich ze skóry. Jak było na początku, przypominali przedmioty palone w czerwonej glinie. Aniołowie przemieniali krew w rdzę, wysuszali szpik. Każde poruszenie napinało ciała w strunę bólu.

Dlatego ludzie od razu przyznawali się, że pomyśleli o krzyżu lewą ręką, gryźli hostię, zaufali wilgotnym cieniom podbrzuszy. Że uważali grzech pierworodny za wadę genetyczną, której można zapobiec dzięki odpowiedniej diecie w pierwszym trymestrze ciąży. Nawet stwierdzenie: „To napięcie powierzchniowe uniosło kroki Chrystusa” w opinii aniołów zasługiwało na męki. Święte zastępy wierzyły, że mowa węża jest cicha jak myśl i że w krzyku ukrywa się prawdziwy głos ludzkości. Łaskawiej patrzyły tylko na tych, którzy za życia skarżyli się na bliźnich, obiecując im: „Jesteś u Pana”.

Bóg już siódmego dnia po stworzeniu świata rozmyślał, jak rozliczyć człowieka z win i zasług. Nie mógł przecież sprawić, żeby przedłużające się procedury zamieniły sąd w piekło. W czasie wielkich klęsk i rzezi, odwrotów i przegrupowań sprawdzał zatem i udoskonalał swój system.

I teraz dłonią siną od ciężkich pierścieni wydawał wyroki:- Ty do piekła. Ty do nieba. Ty poczekasz.

Nad zmartwychwstałymi na wieki wieków zasklepiły się ziemia, niebo i czas, który w zaświatach nie biegnie w niepowrotnej linii, a zatacza się w ucieczkach i powrotach.

 

 

Piekło

 

Najłatwiej jest nie wierzyć w piekło, w jego niezachwianą harmonię, która swoim wysmakowaniem przewyższa każde dzieło. Wnętrze piekła, pełne stylistycznych nadmiarów, jest jasne i sprawia wrażenie przestronnego. Stosy palonych książek, parlamentów i świętych męczennic dają ostre, włókniste światło.

W tym samym miejscu bez hierarchii muszą przebywać papieże i schizmatycy, generałowie i zdrajcy, władcy i poddani. Gdyby mogli stąd wyjść, byliby o stokroć doskonalsi w swoim fachu, a tak nie są nawet władni uwolnić się od obecności innych, którzy zasłużyli na ogień.

Wieczność bywa tu tak samo dokuczliwa jak w niebie. Dlatego dla rozrywki w łacinie utrwala się deklinację mieszaną. W piekle na co dzień mówi się po niemiecku. Czyta się Hegla i Heideggera albo słucha się ich wykładów. Może nie jest to istotne, ale wszystkim bezustannie mylą się religie, mitologie i cytaty.

Prostytutki przywiązują się do klientów - zwłaszcza do tych o zapachu zważonego nasienia i opiłków paznokci, do tych odwodnionych od orgazmów (jakkolwiek w tym surowym klimacie nietrudno o odwodnienie). Dość jest przestrzeni dla dzieci pamiętających jedynie ciepło matek, ich płacz i pierwsze słowa modlitwy. Ale także dla tych, które zostały ochrzczone zakrzywionym drutem, roztworem soli lub kilkoma opakowaniami witaminy C. Tym dzieciom do zabawy daje się misie wypchane ludzkimi włosami. W żyłach misiów płyną przewlekle żydowskie głoski, szelesty i skrzypnięcia.

Jedynie Dante wśnił się w te głębokości. Toteż piekło swoim przyszłym świadkom na wszelki wypadek zaszywa wargi, drutuje szczęki, a powieki obciąża monetami.

 

 

Pięści i kamienie

 

Trudno mówić gardłem,

które zaciska toczący się

szorstko kamień płaczu.

Bo on ciąży ku dnu i rozrzedza,

gdy ludziom na wszelki wypadek

zaczynają wyrastać skrzela.

 

W tym cichym wspólnictwie szeptem

głosi się najtańsze proroctwa.

Że wszystko zamknięte i nie ma

nadziei. Że oto pojawia się dylemat,

jakim refleksyjnym gatunkiem

zastanowić widownię. Litanią,

gorzkimi żalami, nieszporami?

 

A w miejscu o kolorze do wynajęcia

nadal święcą przykładem stosy świętych

męczennic. Na szyjach kobiet

przejęzycza się ogień. Prosta nauka wstydu.

 

A święta, milcząca nieomylność

przemienia się w świętą, milczącą

obojętność przedmiotów.

A z dłoni wytrącają się pięści.

A pięści krzepną, dłuższe o kamienie.

 

 

Tejrezjasz

 

Unosi się nad miastem. Wysoko. Widzi wczorajszy zachód słońca.

Okno jak rana. Stara w tej ranie. Codziennie. Nie porusza się, wygląda jak szkic na szkle. Nocą ubiera się w najlepszą żałobę. Nie skarży się. Boli ją tak cichutko, że nikt nie słyszy. Sąsiadka z dołu powtarza mężowi: „Zabij ją, zabij starą, święty spokój będzie”. Jej duszy chce ten szatan? Jej duszy starej i pomiętej?

Młoda spod siódemki za tydzień urodzi dziecko w folii. Ono płacze wewnątrz. Krzyczy. Wkrótce wody wewnątrz się rozstąpią. Morza odsuną się wewnątrz od polietylenowych brzegów. Malarz z tego samego piętra twierdzi, że sztuka cierpi na marskość i uwiąd. Dziś nadwerężył rękę przy cieniowaniu skóry modelki. Wymyślił więc na płótnie wolne miejsce na bliznę po ospie. Tymczasem alkoholowe konwulsje lekko opuszczają jego żołądek.

W kościele jest tylko sprzątaczka z fioletową twarzą. W krzyże na posadzce wciera wierne detergenty. Pan dał jej samotność i odmrożone w dzieciństwie policzki, bo tylko wtedy mógłby pełen spokoju patrzeć, jak kobieta wiedzie swoje życie oddzielona szpetotą od innych Jego dzieł. I dlatego ona wściekle wciera detergenty w krzyże i wierzy wściekle.

Widzi. Z policzków kościelnej żebraczki spływa makijaż.

I co zrobi w tym czasie Pan? Co zrobi? Co zrobi, słuchając tej ślepej Apokalipsy - najczulszego z Jego gatunków zniszczenia? Zazgrzyta niepotrzebnym złotem w semickiej szczęce?

 

 

Litania

 

Panie, w Twoich kościołach czuję się jak turysta.

Zimno tu u Pana i pachnie naftaliną.

Utknąłem, Panie, w tym śnie, z którego nic

mnie nie wybudzi. I coraz częściej śni mi się,

że nie mogę zasnąć. Mam już dość, Panie.

 

Panie, daj mi siłę. Wiem, że mnie słuchasz.

Dałeś ludzkości wschody i zachody słońca,

mgłę nad wodą, urok macierzyństwa.

Daj mi coś wreszcie.

Kościołowi dałeś Bacha i Mozarta,

a dziś beztroski brak gustu.

Nazistom dałeś telewizję. Później był technicolor,

by rany po Hiroszimie goiły się dłużej.

Daj mi coś wreszcie.

 

Czy zgasnę pogodnie? Czy Chrystus otworzy drzwi?

Pod językiem obróci się obfity i suchy wiatyk mowy?

Tej niespójnej jak sen? Sinej jak ból?

 

 

***

 

Śpią we mnie wściekłe zwierzęta.

Wracają wściekle do ciebie po śladach krwi na chodniku.

Zbyt wiele jej na cieczkę, za mało na śmierć.

 

Śpią we mnie zwierzęta,

wściekłe od kofeiny o smaku osłonek na lekach,

wściekłe od kobiet pachnących oliwką dla dzieci

i antyperspirantem. Zwierzęta śnią jeden sen -

sen przechodnia: gdy zamkną oczy,

przechodzą w nich ludzie,

których słońce przyciska do bruku.

 

Śpią we mnie wściekłe zwierzęta i żyją z tobą prosto,

i żyją ciasno, i stają się nad tobą lżejsze niż najlżejszy cień,

tłustsze niż cień najtłustszy. Łaszą się do pościeli,

do wilgotnego miejsca, które zajmowałaś.

Wściekle wpatrują się w bliznę po krzyżu na ścianie.

 

Śpią i śnią zdania - jak wściekłe kule w rewolwerze.

Śnią to ostatnie, które zostawię dla siebie.

Komentarze (1)

  • bardzo podobają mi się te dłuższe formy. tworzy w nich Pan niezapełnione przestrzenie. czytając mogę przywoływać w pamięci podobne skojarzenia, przeżycia. nie mam poczucia uwierania, albo zbyt małej przestrzeni dla wyobraźni. jakbym po nich chodziła razem z Panem, a pan oprowadzał mnie po swoim M-5.pełny relaks.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się