0000-7016-wiersze_b_sml_120

Wiersze dla dorastających dziewcząt z dobrych domów

Autor:  Grzegorz Giedrys
Gatunek: Poezja
Wydawca: Stowarzyszenie Artystyczno-Literackie Undergrunt
Data wydania: 2002
Data dodania:  25 lipca 2010, 05:33:24
ISBN: 83-917954-0-3

Krótki opis:

Debiut

Fragment:

1. Litania

 

Bankomat ogrzał moją kartę.

Ciepło utrzymuje mnie przy życiu.

Jestem bezpieczny, bo tylko jedno może mnie dzisiaj zranić.

 

Musiałem znów to powiedzieć.

Musiałem w was się odrodzić.

Coś wam zawierzyć,

coś wam zawdzięczać.

 

Musiałem kazirodczo spłodzić samego siebie,

musiałem urodzić się z nożem w plecach,

musiałem pozostać kawałkiem mięsa usypianym w czyichś ustach,

wkładanym pod język – bezwstydnie i niepowrotnie.

Musiałem składać dłonie do papierosa, tak jak do modlitwy;

patrzeć, jak chmura przerywa płaszczyznę księżyca

i jak później rozcięty wzrok zlewa się w brzytwę.

Musiałem być ciszą, która jest najjaśniejszą barwą.

 

Dlatego wyprowadzę wodę ze skał, które wymówił ktoś inny,

dla których ktoś - wiedziony trwogą, pamięcią i litością - odwrócił się.

Świt oddala od siebie wszelkie kształty.

Wsłucham się w poranne pociągi,

aż zsiwieją w jeden włos.

 

 

Hear My Train A Comin’

 

i gotta go on the road right now baby

lord i gotta be a voodoo child baby

go out of your world and become a magic boy

Jimi Hendrix Hear My Train A Comin’

 

 

W tym cichym oddechu idę, a pod moimi stopami rozstępują się cienie.

Wiem, że ich nici zbiegają się w momencie, gdy za siebie nie patrzę –

mogą się z nich wyłaniać nawet jakieś nieznane mi twarze, głosy i rzeczy.

Jedyne ulice, w jakich wszystko wydaje się jednakowo bliskie,

to pociemniałe od kurzu, spękane od wilgoci ulice moich żył.

Ze wszystkich miast - tych spokojnych i tych gwałtownych, w których mieszkałem,

a które dziś zasługują na śmierć - niech ocaleje tylko to, co mnie ocali.

A słowa, których ciebie nauczę, rozplenią się, by następnie zastygnąć w przekwitłe kocham.

Wszystko będzie moje, wszystko sobie kupię. Nawet ciebie.

To, czego nigdy nie otrzymam, zawsze będę mógł zniszczyć;

to, czego nigdy nie będę dostanę, pokocham właśnie.

Będę uprawiał mięso warg i ścierał je na ciepłe plamy czerwieni.

Przeraża mnie tylko szept cyferblatów, przechodzący z wolna w wycie;

szept, który wyznacza i niszczy wszelkie trwanie.

Bo nie ma mnie, póki jest miasto mogące mną zawładnąć.

Nie ma miasta, dopóki ja w nim jestem i wydzieram z niego kolejne minuty miejsc.

Ono śni moją pieśń na wyjście, ale ja powrócę, powrócę ze złością wybitą w źrenicy.

Bo jestem, który opuszczam;

jestem, który wracam.

Świat widziany z łóżka

 

nie jestem do końca pewien

czy to miejsce jest warte

choć jednego wiersza

 

odwracam się

oczami dotykam zimnej ściany

brudnej już od wzroku

brudnej od pięciu godzin snu

 

z prawej strony

gdyby móc zignorować odrapany stół

i obrotowe krzesło

majaczy okno

majaczy szyba która koniecznie pragnie

przejąć barwę kształty tego co zostawiła

za swoimi plecami bo swoją przezroczystą twarz

zwróciła do środka jak ktoś żebrzący

o kromkę chleba

 

gdy patrzę w górę

zawsze pozostaje kwestia wyboru rogu

kolejnego miejsca modlitwy ostatniej wieczerzy

ołtarza konfesjonału klęcznika katafalku

 

rzadko spoglądam na podłogę

muszę wtedy pokonać kąt

między bigoterią sufitu

a efemerydą wiatru za oknem

 

 

***

 

Jestem już tak daleko od ciebie, matko,

że mógłbym umrzeć i byś tego nie poczuła.

Nawet jedna kropla mojej krwi nie spłynęłaby

pod twoje stopy.

Rzeczy tego świata nie zamarłyby w milczeniu,

żaden dzwon by nie zabrzmiał,

nikt by nie wyszedł na ulice, oczekując cudu.

 

Kiedy jakaś kobieta, której ciało dopiero poznaję i nie mogę

go jeszcze w pełni zrozumieć, ścieli mi łóżko;

kiedy wieże kościelne – te rzeki rozżartych psów, wymierzone

prosto w niebo – mijam i przełamuję w sobie;

ty jesteś daleko, matko, i nasłuchujesz, czy nie podchodzę do drzwi.

 

Kiedy jestem tak pijany, że nie mogę zasnąć,

kiedy przeprawiam się przez ulice,

pokonując ich ocienione deszczami brzegi,

ty jesteś tak daleko, matko, że w twoich dłoniach

rozkwita, kruszy się czas.

 

W macicy pokoju, który napina tylko po to swoje kształty,

żeby mnie przyjąć zupełnie, próbuję ciebie, matko, wywołać

głośniejszym oddechem, płaczem oddechu, myślą oddechu;

krzyczę przez sen.

 

Kobieta z głęboką blizną na prawym policzku

 

kobieta z głęboką blizną na prawym policzku

siedziała samotnie w poczekalni dworcowej

nazwa miejscowości nie jest istotna

ważne jest to że rok się wówczas kończył

i była może nawet jakaś pełna godzina

 

kobieta z głęboką blizną na prawym policzku

chowała swoją twarz jak dwa szybkie cięcia nożem

najlepiej w otwartych dłoniach

są pojemniejsze od światła

 

młody malarz nie potrafił

oddzielić konturu powietrza od jej skóry napiętej jak cierpienie

a dłoń zderzała się z oddechem

następne ruchy pędzla ustaliły jedynie obecność

kawałka ciała wpatrzonego w gładką powierzchnię obcych twarzy

 

kobieta z głęboką blizną na prawym policzku

zdawała się mówić

pańska córka na pewno nie jest dziewicą”

lecz śmiała się tylko do siebie

i wyobrażała sobie że młoda niczym tamta z obrazu

Gauguina leży naga na nieprzyjemnie chropowatej

pościeli

a czuwający duch obrysowuje jej spoczywające

kształty tak jak dziecko monetę pięciogroszową

 

młody malarz nie potrafił oddzielić tych kształtów

a farba zaszła już nieco parą

zakryła kontur i semickość zmarszczek

tylko te dwie głębokie rysy

coś niedokończonego

 

młody malarz nie potrafił pokazać

postaci siedzących umierających

które wyglądały raczej jakby budziły się z płytkiego snu

wreszcie bólu

bo pierwszy szkic musiał wypełnić szpetotą

gorączką gorliwością modlitwą wieczorną

 

ta rana niegdyś przyjemnie rumieniła

podłogę dłonie chusteczki higieniczne

całą naturę nieożywioną

 

to nic że powodowała nią choroba śmierci

bo rana tak przyjemnie rumieniła

podłogę dłonie chusteczki higieniczne

wszystko co martwe

 

młody malarz podszedł na chwilę do obrazu

wykonał dwa ledwie zauważalne ruchy

potem odwrócił się i pomyślał że niesamodzielność

że jednak niesamodzielność

 

kobieta z głęboką blizną na prawym policzku

siedziała w poczekalni dworcowej

zostawiła podłogę chusteczki higieniczne

chropowatość posłania niezdecydowanie malarza

dwa ruchy pędzla pewne jak niesamodzielność

 

 

I want you, I want you so bad

 

I want you, I want you so bad

It’s driving me mad, driving me mad

The Beatles I Want You (She’s So Heavy)

 

Teraz już wiem, że błądziłem, potykając się o ciała

zaludniające puste niebo, które leżało głęboko pode mną.

 

Cokolwiek się zdarzyło pod tym stuwatowym słońcem,

co uderza we mnie, niech pozwoli mi powrócić do dnia,

w którym moja matka po raz pierwszy przestała krwawić

i ten pierwszy strach nazwała moim imieniem.

 

(A ona słucha najdelikatniejszej solówki:

Harrison skraca te struny jedynie ciepłem swoich palców. )

 

Zapach mojej krwi stanie się jej zapachem, gdy zauważy,

że każdego wieczoru, nie zważając na nic i na nikogo, rozpaczliwie

biegnę do niej.

 

(Teraz śpi w mojej rozciągniętej koszulce.

Obudzę ją i powiem: „Masz masowy grób na koszulce,

dokładnie na wysokości piersi”.

Gdy rozespana zapyta, co to znaczy, powiem,

że „Sepultura”. Później dodam:

A ty urodziłaś się popiołem”. Wtedy zaśnie spokojna.)

 

Powiem o tym „My”, co nada nam jedno imię.

Powiem też – wiersze na skórze powinny być pisane śliną,

a nie krwią, która utrwaliłaby nasze milczenie.

 

 

Wiersz o śmierci

 

poeta mówi

ja głównie i przede wszystkim najczęściej i w ogóle o miłości i śmierci

tylko wielkie drżenia mogą mnie poruszyć

dreszcz po spełnieniu i drgawki przed zejściem

 

wiersz winien zatem wyglądać jak dopiero co zdjęta z twarzy

maska pośmiertna z drobinami zarostu śladami po brwiach

i włosach pociągniętych czarną pomadą

 

teraz widzę to wyraźnie

odkręca fiolkę z jakąś łacińską nazwą na etykiecie

wysypuje kilka pastylek na dłoń

patrzy łapczywie

pięćset miligramów nieznanej substancji w każdej z nich

to chyba dobrze bez jednego słowa niepotrzebnego gestu

przechyla i wsypuje w rozchylone usta

kilka upada lecz podnosi je na gorącym uczynku

okazuje słabość i biegnie w stronę kuchni

pochyla się nad zlewem ma ochotę wymiotować

odkręca kurek i pije aż temperatura kranu wyrówna się

z temperaturą warg obejmujących krople

 

a ja rozpoznaję śmierć we wszystkich zbliżających się

do mojej twarzy

którzy patrzą na mnie i mówią

 

lepiej było nie zaczynać

nie wracajmy do tego

lepiej będzie jak się do ciebie więcej nie odezwę

chcę tylko twojego dobra

nie chcę żebyś się niepotrzebnie męczył

rzeczywiście wiele czasu już minęło

brzmi lekko wyniośle ale to prawdziwa rana

która kłuje mnie w sercu

bo tak naprawdę to kocham ludzkość kocham życie

w żadnym z życiorysów ciebie nie uwzględnią

chociaż posłusznie spełniałeś każde życzenie

ta belka i dwa nienaruszone gwoździe

gdzie można zmierzyć świat między opuszkami palców

tak brzmi lepiej

myślę że powinieneś to docenić

cośmy z siebie zrobili przyjacielu

że ten rok dla ciebie i dla mnie był koszmarem

przepraszam nie będzie już czegoś takiego

to się już więcej nie powtórzy

możemy się nawet napić wódki

wódka o tej porze roku dobrze nam zrobi

ponieważ nie ma teraz

ponieważ synu nie będziemy

śluz przezroczysty i rozciągający się między palcami

występuje w czasie dni płodnych

 

 

***

 

nieustannie potrzebował świadectw miłości

 

ogolona głowa zgięty kark

kolana wbite w miałką ziemię

dłoń zbyt wysoko podniesiona

zawadza o obryw chmury

wrażliwa na każdy ruch w krzewach i cierniach

nie przyzwyczajona do kościanej rękojeści

 

widzi że klęczą i obserwują swoich sąsiadów

klęczą obok swoich sąsiadów

 

ta z pewnością od zawsze gryzła hostię

a ten pomyślał o krzyżu lewą ręką

 

nierówny chodnik równy asfalt

zimna słuchawka automatu telefonicznego

to początek stycznia więc nie mogę z tobą długo rozmawiać

 

doskonale wie że kochają tylko ludzie którzy przez chwilę

unoszą się na pęcherzach krwi

 

 

Czekanie. Część I

 

To polega na czekaniu

Papieros długa wskazówka

Sztywna od słońca firanka

Zegar skazuje mnie na godzinę dziesiątą

 

Każdy szmer za drzwiami

Wstaję i sprawdzam

Za każdym twoim krokiem

Koła rozchodzą się w powietrzu

Tym zbitym w mury

I chodniki

 

Ten mężczyzna i ta kobieta

Znikający za rogiem

Ty się w nich właśnie przeglądasz

Musisz się w nich teraz przeglądać

 

Inaczej ustawię przedmioty na podłodze

Inaczej dotknę swojej twarzy

A ciebie nie będzie

Bo wszystko wymiera za tobą

Wszystko wymiera w pokój

W którym jestem

 

Za każdym twoim krokiem

Przybywają mi kolejne słoje

 

To polega na czekaniu

 

Możesz stać tam w ciemnościach

W brudnym korytarzu

Możesz tkwić w przerywanym

Sygnale w słuchawce

 

Mogę wypowiedzieć ciebie dziś do końca

Bo ucieleśniam się w brak ciebie

 

Ze splotu dłoni opartych o skronie

Ze ścięgien okna wychodzącego

W noc

Z trzeszczenia mebli w ciszy z trzeszczenia

Osuwających się ścian

Z głębokości pokoju który jest snem

Czekam

 

 

Ostatnie zdanie tej powieści

 

Jego krzyk odbił się od chodnika

i już zwielokrotniony murami, szybami

i parapetami – aż po drżenie barw,

wzniósł się ponad dachy tego miasta,

rozpruwając sine jelita ulic.

 

 

Poemat tetryczny

 

tam gdzie była jej ręka ślepa figura z wietrzejącego

piaskowca stoję ja

niewiele potrafię sobie wyobrazić

nawet takich podstawowych przedmiotów jak dotyk

jak słuch

dawniej nie potrafili rzeźbić w oczach

kamień wydawał się zbyt kruchy a dłuto

zbyt kruche w dłoniach

 

rozmawiam z umarłymi

ten pan po lewej po mojej lewej

pisał wiersze prawą ręką światło przysłaniał lewą

umarł wpatrzony w dłonie

a miał w godzinie swojej śmierci obok łóżka i spłakanej żony

dzieci i wnuki siłą doprowadzone w to miejsce

wcześniej siedział głęboko w fotelu i patrzył na dłonie

myślał że jego głowa rozwija się jak kwiat

że życie jest dobre

 

wcześniej wskazał dłonią tamte drzewa

trochę niewyraźne bo dopiero rano

w południe lepiej widać

mówił że im bliżej centrum tego miasta im więcej ruchu cieni

na chodnikach i szybach okolicznych wystaw

tym więcej Boga w wieżach i nawach

że dobrze jest czasami nie wiedzieć w którą stronę trzeba się modlić

gdzie bliżej do ołtarza bo w dzieciństwie kiedyś siedział

odwrócony do niego plecami na takich stromych schodkach

on jego podkolanówki lewa na lewą aż widać szwy

prowadzących hen na górę gdzie organista o wszechmogący nasz królu w niebie

przyszła siostra Klara i wszystko popsuła cały misterny plan

synu mówiła Bóg łamie niegrzecznym dzieciom kręgosłupy

i potrząsała zachęcająco żelaznym krucyfiksem

 

lubię pokazywać młodym swoje dłonie

lekkie jak kości ptaków

porosłe drobnym i rzadkim mchem

 

a i bez tego gubię się w mieście

i bez tego nie wiem które drzwi należą do mnie

do wszystkich mówię bracie mówię siostro

w ich twarzach odnajduję rodziców

pochylają się nade mną i mówią

nie potrafię rozumieć

 

jak grecka rzeźba

która tak głosi powszechna opinia była pomalowana

w ciało zęby włosy i paznokcie

śmiać się jak ona do słońca

śmiać się do deszczu

mogę zgubić dokumenty bez wyrzutów sumienia

zgubić i nie patrzeć już więcej na nic

mogę sobie na to pozwolić i nie pamiętać

 

 

Exodos

 

bez względu na to gdzie będziesz

i dokąd pójdziesz zachód słońca

nad tym budynkiem pozostanie

niezmienny pozostanie niezmiennym

pozostanie niezmiennie piękny

bez względu na to czy powiesz to trzy

razy czy raz bez względu na to czy twoje

usta ułożą się do tych słów bezwolnie

wypowiesz to jak cichą nieśmiałą modlitwę

 

 

***

 

za ścianą umiera stara krawcowa

wpatruje się w zaciek na ścianie

płynący spod największego krzyża

tej kamienicy

 

zaciek zlewał się w kształt

dobrze znany z naw odpustów

z obrazów rozdawanych przez księży

w czasie kolędy podpisanych ręką dziecka

z datami miejscami zamieszkania i urodzenia

 

a święty obraz stojący u krawcowej na stole przedstawiał

kobietę podobną do jej matki

tylko wyrzucić te przyczernione srebrem ramy

 

odrzucam pościel wstaję z łóżka

 

a za ścianą umiera kobieta

nawet ta która mieszka drzwi obok nie wie

ile stara może mieć lat

 

leży na zaścielonym łóżku

patrzy się w zaciek

 

wodę wyłączyli gdzieś tak w połowie miesiąca

dziewczyna z góry wyszła tylko na godzinę

godzinę później strumień wyrósł i podzielił się na dwie strużki

kobieta była wtedy w kuchni i gdy wróciła do jadalnego

stała się Ona

Niepokalana o poszarpanym światłem wnętrzu

wyszła z największej plamy tamtego pokoju

kazała się starej położyć i wpatrywać w krople

 

włączam telewizor

a ona wciąż umiera

widocznie zasługuje na śmierć

nie jestem specjalnie smutny

 

tak żeby smak mdły i słodki

mnie osłonił

żeby w każdej twarzy ją zdradził

 

 

Drugi wiersz o śmierci

 

Gdy już będę spał w butach,

poczuję się winny.

Gdy będę spał w butach,

poczuję się winny, słaby i zniszczony.

Gdy po raz kolejny postać w lustrze

da mi znak, gdy będę wracał do siebie poprzez wszystkie miejsca,

które należały kiedyś do mnie;

gdy codziennie będę mijał kobiety wbite w czerń

i zrozumiem, że co noc ubierają się tak do snu,

wtedy wyjdę na ulicę i będę liczył ciała:

raz, dwa, trzy, cztery, leżą czwórkami,

w równym szeregu, pod krawężnikiem;

pięć – gołębie wyjadają z kieszeni bezdomnego

wszystkie zachowane na tę okazję okruchy chleba.

Będę liczył.

A teraz, wśród was, którzy patrzycie we mnie,

unoszę się żyłami do słońca.

 

 

***

 

Jeśli kiedykolwiek mielibyśmy się rozstać,

pomyśl o tym jak o zdradzie. Zdradzilibyśmy bowiem

wszystkich tych, z którymi żyliśmy

i których zdradziliśmy, żeby być ze sobą.

Ostatnie rozstania będą dla nas zawsze najważniejsze.

Staną się jak religia.

 

Mój materac był wtedy bardzo szorstki,

zerwał mi skórę z kolan, rozczerwienił łokcie.

Metafizyka zgasła naraz w małe pęknięcie w skórze między jej udami,

gdzie krzyk doprowadził moje palce.

 

I zrozumiesz wreszcie, że nie zawsze byłem czysty.

Lecz jakimkolwiek byłbym skurwysynem lub świętym,

wiele jeszcze zostanie mi wybaczone.

 

Woda w kaloryferach rozlewa się ciepłem po całym pokoju.

Próbuję zasnąć.

 

Exodos

 

Przede mną pusta popielniczka,

za mną sześć piw.

Już długo tutaj siedzę, mając wciąż nadzieję,

że może się jeszcze zdarzyć coś, co mnie wypłoszy z tego miejsca.

Może jakaś kobieta przyjdzie i mnie

stąd weźmie – a w ciszy mieszkania, gdzie duch unosi się

ponad powierzchnią prześcieradeł, nada mi nazwę

i oswoi jako kolejne, skulone w sobie i łaszące się do świata zwierzę.

 

Padało, gdy byłem tam w środku.

Chodniki pachną wilgocią, przez którą nawołują się psy.

 

Muszę jedno zapamiętać.

Nigdy nie wyjadę z tego miasta.

Ja z tego miasta ucieknę

i zostawię za sobą trzęsącą się, bezbożną, doszczętnie obcą

przepuklinę serca.

 

 

***

 

Tonąc w rozpuście, chuciom się oddawać

W plugawym chlewie

(z Szekspira)

 

przyszedłem bo wiedziałem że ją tu odnajdę

że mój wzrok zetnie się kiedyś w jej postać

po to tylko by się do niej zbliżyć

by walczyć by nie dać się

by widzieć jak prowadzi swoje trzeźwe palce od ust do popielniczki

żeby się nie pogubić

nie pomylić numeru telefonu z rozmową

twarzy z listem

w trzydziestu różnych osobach ją rozpoznawać

nie uczyć się nowych zwyczajów i uprzejmości

nie przyswajać słów mieszkań i ciał

które mnie przekroczą albo zwyciężą

 

jest coraz bliżej

staje się czymś pozbawionym granic

żaden kształt jej nie zmieści

żyje we mnie

pod ciepłem skóry

głęboko pod nim

może za mnie oddychać

więc oddycha za mnie

oddycha za mnie

oddycha

to sprawa krwi

pęcherzyk śliny na jej podbrzuszu

 

nie powinienem w to wierzyć

bo nie wierzę w nic co mnie przerasta i zatrważa

oczyszcza w przepoconej brudnej pościeli

 

ostatnio mało śpię więc moje życie

przypomina drzazgę światła

palce są mokre od butelki która mnie trzyma

kropla za kroplą ich przezroczyste ostrza obracają się wewnątrz

są przywiędłe jak płody jak żyły kruszące się od płaczu

 

podaję jej wszelkie powody żeby mnie znienawidziła

bo gdy się we mnie zaczęła

w jej oczach urodziłem swojego ojca

 

 

Trzeci wiersz o śmierci

 

To pierwsza odwilż tej jesieni,

a ja – rozszczepiony na cienie - idę

przez miasto, które kończy się mgłą.

 

Wszystkie zwierzęta, które z sobą

zabrałem, usnęły już wściekle;

te noże wyostrzone o niewinność nadgarstków.

 

Powiedziała mi, że ma ciało kota,

ale myśli jak pies, i w tańcu trzymała mnie za kciuk;

dzieci w bólu zaciskają palce na oddechach matek.

 

Powiedziałem, musiałem jej to powiedzieć przed wyjściem:

jestem złą matką i co miesiąc mogę rodzić jedynie krew,

którą nakazuję czcić, aby na powrót stała się ciałem.

 

Może, jak ta pierwsza kobieta, co zawsze powraca w snach,

miała lewą brodawkę nieco większą i bardziej czerwoną niż prawa.

 

Tak naprawdę to śni się zawsze o tej samej osobie,

której nie znamy, w której wypatrujemy swoją śmierć

jeszcze tak wątłą, że jej źrenice dopiero rozszerzy

bruzda cienia.

Oswoiłem się z nią na tyle, by żebra zacisnęła na moich dłoniach.

Powoli oswajam też to miasto i siebie, by w nich z takim spokojem

zamieszkać.

 

 

Czekanie. Część II

 

Teraz ty czekasz na mnie

w tym ciemnym pokoju.

Ocierasz się o ściany,

odwracasz od światła,

by śliną wykuć moją twarz

w pleśni cienia.

 

Znowu nie przyjdę.

Znów nikt nie wypali twoich papierosów.

 

W skupieniu szepczesz lekko moje imię,

wierząc, że to poprowadzi mój krok

i przywoła mnie do ciebie.

 

Mantra,

dopóki nie omszejesz mięsem murów.

Mantra,

dopóki nie pękną wszystkie kamienie,

nawet te nie pokryte jeszcze kurzem miast.

 

Za oknem poskręcane pnie drzew

czekają, aż twoja skóra rozewrze się

pod moimi palcami i wchłonie ziemię.

 

 

Ars poetica (wersja toruńska v.1.2)

 

Piszę tylko dlatego, żeby skupiać na sobie nienawiść.

 

Nienawiść wszystkich kobiet, które mnie kochają, a w których nie ma poezji.

Dlatego nigdy nie zostaną one kurwami metafizycznymi.

 

Nienawiść kurew z ulicy Ducha Świętego,

ulicy, która nigdy całkowicie się nie wyludni

i nigdy nie spłynie krwotokiem w krzyże krucht i naw.

Nienawiść kurew z „Milesa”, kurew z „Misia”, kurew z „Bazy” i „Zezowatego Szczęścia”.

Nienawiść kurew z innych knajp tego zranionego miasta,

które trzęsie się od śmiechu ich łapczywych podbrzuszy,

zdolnych pomieścić każdą kroplę ciepła, na jaką się natkną.

Ich potomstwo zmiażdży mi głowę.

Zanim jednak tak się stanie, przemienią się one w starą,

wolonogą glinę.

O jednym powinny zawsze pamiętać:

ciało, które grzeszy, to umrze jako pierwsze.

 

Skupię na sobie nienawiść policjantów z Wydziału Prewencji I Komisariatu Policji w Toruniu;

pankosmiczną nienawiść pełniącego obowiązki komendanta, podinspektora Jerzego Węta.

 

Nienawiść pielęgniarzy z Kasztanowej 16,

którzy sprawią, że wydatki na izbę wytrzeźwień

odpiszę od mojego rocznego zeznania podatkowego.

 

Nienawiść wbitych w żółte kurtki osób roznoszących ulotki dla „Taniej Księgarni” z Łaziennej,

którzy to nie pamiętają twarzy przechodniów;

pamiętają jedynie ich dłonie.

 

Nienawiść ekspedientek z „Rothmansa” i z „Hani”, tych o spoconych palcach.

Muszą mnie nienawidzić, bo wiedzą o mnie wszystko.

 

Nienawiść sprzątaczy z MPO, którzy - pod przewodnictwem

starszego inspektora do spraw oczyszczania, Grzegorza Mickiewicza –

przeżywają chwile istnienia w międzyprzestrzeni,

bo mimo jaskrawo pomarańczowych kombinezonów każdy unika ich wzroku.

 

Nienawiść kierowców nocnych taksówek,

którym życzę nieśmiertelności.

 

Skupię wreszcie na sobie nienawiść pracowników naukowych UMK.

Jak rzekł pewien młody poeta - ich śmierć będzie wielką szansą dla polskiej nauki.

 

Skupię na sobie nienawiść tych wszystkich ludzi i ją sprzedam.

 

 

Jacek Podsiadło wypełnia, a potem drze na strzępy deklarację podatkową Marcina Świetlickiego

 

Mam prawie czterdzieści lat i ocaliłem swoją duszę, nie pozostawiając jej na żadnej kliszy w tym kraju

(Autoportret pod światło Autoportret w kominiarce Autoportret w masce

Autoportret z kobietą Autoportret z psem Autoportret z obciętymi włosami i fajką

Autoportret z Ernesto Ché Guevarą Autoportret z sercem na wysokości wątroby).

Coraz mniej ludzi może mnie dotknąć, ponieważ mieszkam tam, skąd wszędzie jest daleko.

To, co do tej pory w życiu zrobiłem, było ode mnie doskonalsze.

Tak doskonałe, że nie mógłbym się w niczym takim przejrzeć, ani nawet odnaleźć w tym tkanki siebie.

Teraz rozwijam w sobie nienawiść metafizyczną do innych poetów.

Mogę więc poczuć się silny, chociaż moje płuca nie są już zdolne pomieścić tych zdań,

A gardło wrze od duszących płodów krzyku.

O ile Plus GSM będzie miało tu zasięg, poczuję się jeszcze lepiej,

Wysyłając Świetlickiemu kolejnego smsa.

W każdym moim wierszu Anna Maria smutną miała twarz, tak nie podobną do skażonych kiłą

twarzy hucułek.

Trawa była najzieleńsza w świecie, młode wino o tej porze roku smakowało mi najlepiej.

Za namiotem deszcz wybrzmiewał ciszej i dłużej.

Wśród tych drzew dorosłem do przypadkowego ojcostwa.

W czasie, gdy Babilon pukał do moich drzwi i zabierał moje pieniądze,

Oddając je dziecku, które się we mnie wciąż kurczy,

Pociągi pospieszne („Pociąg pospieszny jest dobry – trzeba zapisać to haiku –

Ale nie tak dobry jak Chrystus”), pociągi pospieszne przekraczały śmierć,

Dzieląc noc na pięści moczu, wypisane podkładami torów.

Jeśli tego nadal nie rozumiecie, znaczy to, że zbliżacie się do Boga.

Bo takie wiersze łatwo odrastają od kikuta tytułów, a potem się o nich zapomina.

 

 

Litania intertekstualna

 

Jestem już tak daleko od ciebie, matko, że mógłbym umrzeć i byś tego nie poczuła”.

Żebyś mogła przeczytać to zdanie, musiałem wpierw odpaść od stolika,

w który się cierpliwie wcierałem, i wydostać je z baru.

Wódka wypłukuje z mężczyzn słowa, odbiera oczom blask,

a przydaje głębi bawiącej się w śmierć.

Musiałem więc w tym brnąć, mamo, przeciskając się w stronę wyjścia.

Musiałem przedrzeć się przez tych, co przyszli tu przeczekać noc,

dodawszy do niej godzinę, bym ja gubił kolejne głoski.

Przedrzeć się przez czterdziestoletnią Ukrainkę,

która nachylając do mnie swoje zaczerwienione w winie wargi,

mówiła: „Młody pan jest bardzo smutny. A byłaby ochota zatańczyć?”

(„Całuj mnie, całuj mnie mocno” – śpiewała Diana Krall).

Musiałem to przetrzymać, jak święty Antoni z obrazu Dalego.

Wznieść krzyż palców naprzeciw jej obłudnym, obwisłym piersiom, zgiąć kark i odmówić.

Wznieść krzyż naprzeciw pragnących tego, bym zanurzył się w nich, pożółkły od nikotyny.

 

W wytrzeszczonych neonach banków i sklepów byłem tak niewyraźny,

że nie mogłem siebie rozczytać.

W wytrzeszczonych od latarni kałużach zrozumiałem,

że Bóg jest we mnie jedynie metaforą;

moje wiersze religijne nie są szczere.

Do dziewiętnastego roku życia nie wiedziałem, co oznacza miasto we mnie;

moje wiersze o miastach nigdy nie będą szczere.

O wiele więcej kobiet opisałem, niż dotknąłem;

dlatego to wszystko nie jest szczere.

I od zawsze chciałem napisać Biblię – nie taką dla tłumów,

lecz jedynie dla tych, co za mną pójdą.

Biblii, mamo, nie tytułuje się, nie poświęca się jej nikomu,

więc nie nadałem żadnej nazwy wierszowi,

który zaczął się od zdania wydostanego stamtąd.

Teraz już widzisz, teraz wiesz, że wtedy w nocy mogłem modlić się

tylko do ciebie.

Starzy ludzie

 

Pamiętają najlepiej tylko te dni,

o których najbardziej chcieliby zapomnieć.

Lubią mówić do siebie,

lubią patrzeć w suche oczy dzieci,

bo ich źrenice nie są rozcieńczone zmęczeniem.

Każdy z narządów starych ludzi posiada szczegółowy rodowód.

Zmiażdżona łękotka w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym,

wrzód pęknięty w sześćdziesiątym ósmym,

lewa noga bez czucia po wylewie w osiemdziesiątym.

I zaraz potem mówią: „Pamiętam szczyt niesprawiedliwości

- ładne lato bez spacerów,

oraz ten pierwszy zawał w osiemdziesiątym dziewiątym”.

Kiedy starzy ludzie piszą wiersze,

to piszą o tym, jak ktoś nie ustąpił im miejsca w autobusie.

Ich głos w chórze błagalnym się rozmywa –

do szpiku przegryzionych zdań, do języka poderżniętego blokowiskami.

 

 

Ostatni wiersz o śmierci

 

I've felt the hate rise up in me...
Kneel down and clear the stone of leaves...
I wander out where you can't see...
Inside my shell, I wait and bleed...
Slipknot Wait And Bleed

 

Gdy ciemność pęknie i uwolni ziemistą, zetlałą bryłę słońca,

wtedy wrócę i będę liczył:

Jeden –

Ptaki oderwały się od gałęzi, gdy prezenter pogody pomylił kierunki świata.

Dwa –

Dziś dwukrotnie z rzędu sygnalizacja na skrzyżowaniu zmieniła się z żółtej na czerwoną.

Trzy –

W rozjaśnionym ołtarzu rozkładu jazdy zobaczyłem ranę nad swoją lewą brwią.

Kiedy ona popłynie pod palcami, uwierzę w siebie tym bardziej.

Cztery –

Gdy moja matka usnęła w autobusie, zapaliły się lampy uliczne.

Pięć –

W moim autobusie nikt się nie odezwał aż do pętli.

Sześć –

Grzechy ludzkości są lżejsze niż gromnice latarni. Ksiądz zasypia w konfesjonale.

Siedem –

Woda święcona wsiąka w czoło pocięte liniami lat.

To czoło - skruszone i pełne pokory - chodnik doprowadził do najbliższego kościoła w okolicy,

do tego nagiego mężczyzny zaciskającego w dłoniach gwoździe.

(Rzeźbiarz zapamiętał go w momencie, gdy ten patrzył w lewy róg

nieba, skąd Bóg widzi ludzi jakby przyschniętych rzęsami do ziemi).

Osiem –

Światła na sąsiednim bloku układają się w dwa splecione balkonami serca.

Dziewięć –

Jest odwilż i wszystko powraca na swoje miejsce.

Przechodzień to zrozumiał. Zatrzymał się nagle na chodniku pośród innych przechodniów.

Nie zawahał się. Zawrócił.

Dziesięć –

Okno, ta rana, przez którą wysączy mnie cisza większa od was wszystkich, otworzy się ostatecznie.

Na golgotach czół, ust i piersi - myślą, mową, uczynkiem;

z obrotu rzeczy, ze znaków na niebie i ziemi – nic nie uwolni stromej i pylistej blizny krzyku.

 

 

Nothing can stop me now

 

Nothing can stop me now

Cause I don’t care anymore

Nine Inch Nails March of The Pigs

 

Przez pięć lat, które przeżyłem w stałym związku,

poznałem dobrze tylko to, jak rozstawać się w złym stylu.

Więc teraz interesują mnie jasne sytuacje,

one jedynie sprawiają mi przyjemność.

 

Te łzy, ich głupie kobiece łzy. Codziennie przemieniam je w wino.

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę czuł do nich takie obrzydzenie,

jakie czuję w tym momencie do siebie.

Moje włosy pachną trzema kobietami,

jednej krew hoduję na moim prześcieradle –

nie myślę o jej następnej miesiączce,

bo ona nie czci mnie kolanami i udami.

Moja ślina mogłaby w niej dojrzewać, skoro nic we mnie nie dojrzewa.

Więc może tym razem wygram – i w tej krwi pozostanie odcisk moich bioder,

co zaświadczy, że moja droga jest słuszna, konieczna i uratuje mnie od ognia.

 

Nic mnie nie zatrzyma.

Odtąd wejdę w każdy sen,

wkradnę się w każde zdjęcie,

w każde życzenia noworoczne.

Być szczurem.

Być Bogiem zazdrosnym,

który za nieprawość jednej ukaże następną,

nieprawość tych, które mnie nienawidzą lub na mnie czekają.

 

Ostatnia z nich.

Kiedy spała, pokazałem ją swojemu przyjacielowi;

pokazałem mu też, ile mogę z nią zrobić.

Przeszukałem jej torebkę. Wiem, jak się nazywa.

Jej nazwiska nie potrafiłbym nigdy poprawnie wymówić.

Znalazłem też zdjęcie.

Czarno-białe, kremowe poszarpane brzegi, zalane czymś czerwonym.

Miała na nim jeszcze nietlenione włosy,

w które wtulała jakiegoś starszego od siebie mężczyznę.

 

Nie zatrzyma mnie.

I odtąd nie będzie już nic, o czym nie byłbym w stanie pisać.

Żadnej czystości, której nie zdołałbym przeżyć i porzucić.

Żadnej śmierci, której bym nie przetrwał.

Żadnej doskonałości, której nie mógłbym zagarnąć dla siebie.

 

Nic mnie nie zatrzyma, teraz i zawsze czerniąc płuca kartek.

Zatem przegram.

 

 

***

 

Znów cały dzień układałem pasjansa na komputerze.

Niczego to nie zmienia i nie czyni pełniejszym

Mógłbym tak przez kilka dni

Jakby zależało od tego moje życie

 

Kiedyś w jednym ze swoich pierwszych wierszy potrafiłem niewinnie napisać

 

za mało słów

by ubrać w nie uczucia

za dużo egoizmu

by przestać je w sobie pielęgnować

za mało odwagi

by skończyć

 

Do dzisiaj tego nie zaznałem

Chciałbym więc uwierzyć w to że mam nieśmiertelną duszę

Uwierzyć w Boga i wszystkich świętych którzy by mnie zbawili

Jakaś nagła interwencja mogłaby coś w tym momencie zmienić

 

Modliłbym się znów tylko wówczas gdybym cierpiał

Modliłbym się za kobiety moich przyjaciół

Zawsze im współczułem bo były jak nagie bezwolne zwierzęta

Zawsze mówiłem że to zbyt późno

Aby cokolwiek zaczynać z tymi mężczyznami

Zawsze sobie mówiłem że jestem od nich trochę lepszy

Że niczego nie zmarnotrawię nie zdewastuję

Że to przeżyje

 

Nigdy stąd nie wyjdę nie ma czego szukać tam na ulicy

Piękni ludzie zostali w domu

Rozłożę karty na ekranie i pomodlę się

Ale już cicho

Palce tłem dla skroni

Już cicho

Cicho

 

 

Pierwszy wiersz w nowym roku

 

Pamiętam, dokładnie pamiętam, że wspierałem się na jej ramieniu,

gdy szliśmy, mijając tysiące cichych ulic.

Skóra na nim jest ciemniejsza, czułem ją lekko pomarszczoną.

Mówiła, że jest ono takie od urodzenia, bo trzymała je przytulone do ciała;

jak gdyby była to jedyna rzecz, jaką mogła mieć wtedy na własność.

 

Nie widzę żadnej różnicy; przedmioty, które kocham,

przedmioty, w które się ubieram,

są tak samo ciepłe.

A obok tego są te inne, obrzydłe w źrenicy,

które mnie wracają.

 

Ale z moim życiem jest chyba wszystko w porządku.

Czasami płaczę.

Czasami mam wyrzuty sumienia.

Czasami myślę o przeszłości.

Więc jest dobrze.

 

Czasami też myślę o tym, że ona śpi daleko ode mnie,

a ja zaludniam jej sny.

Pewnie śni o tym, że też śpię, że jesteśmy w tym samym miejscu,

ale ja oddaliłem się, żeby nigdy więcej jej nie widzieć.

Dym z moich ust zatacza się w powietrzu,

światła gasną w rytmie kroków.

Teraz cień. Dopóki nie zrównam kroku z latarnią, nie będę istniał.

Jest cień, ale tylko wówczas, gdy za moim krokiem równa się ze światem,

który naraz staje się na tyle wielki, że można w nim pomieścić stearynę twarzy.

W niej matowe krople oczu obracają kręgosłup ku światłu.

Jest krzyk, co rośnie we mnie i czeka, aż rozleję się w sokach ziemi.

Znów sam na ulicy, znów słychać jedynie stukot moich butów.

Ciemność chowam do kieszeni,

bijąc bezsennością w chłodną oparzelinę słońca.

 

Karta telefoniczna, Lublin na starej pocztówce, trzy impulsy.

Mogę powiedzieć kilka zdań,

powiedzieć na przykład:

kocham cię, chciałbym być z tobą, tylko nie wiem, co dalej mam z tym robić.

Albo też – nauczę się kochać tylko jedną kobietę.

Nauczę się odmawiać, kiedy zechcą, żebym odmawiał.

Powiedzieć - jest tyle miast do odwiedzenia,

tyle kobiet, które mógłbym pokochać;

ich włosy rozpuszczałbym pod językiem.

 

Teraz milczenie w słuchawce, słowa stają się cięższe od najcięższych kamieni,

które powstałe ze śliny, toczą się, obijając od arkad żeber.

Niech więc będzie to jak pokuta – bezwolne drgnienie powiek i zatrzymanie między nimi

obrazów, wyrastających falą spod moich stóp.

 

Zacinam się i krztuszę tym, co zostało stworzone tylko dla tego, co widzicie tutaj;

tutaj nikogo nie potrafię okłamać, w każdym innym miejscu staje się

to coraz łatwiejsze.

 

 

Do mojego rocznika

 

Teraz gdy

Sto sześćdziesiąt znaków wystarczyłoby do tego by ocalać narody

Ocalając przy tym samych siebie

Dopasowujemy wiersz do rozmiarów dłoni

Której już nic nie zbije w rozchwiane sine kamienie pięści

 

Dlatego musimy uwierzyć międzynarodowemu kapitałowi spekulacyjnemu

Wielkim korporacjom i koncernom medialnym

I układać dla nich klastry dysku twardego

W kształt najczystszych sonetów lub pieśni

I wpisywać format c: - udając że rękopisy nie płoną

Dotknąć alt+control+delete świata

Który zgładzi wszystkie jego grzechy

Udawać że nie mówią za nas demografia i ciasne rubryki statystyk

 

Bestia jest chociaż nie wypada wierzyć w jej istnienie

Kiedy jednak zbliży się znów do nas i doliczy do sześciu

Pokolenie wyschnie w pierwszych dziennych autobusach  

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się