Wiersze dla dorastających dziewcząt z dobrych domów
Data dodania: 25 lipca 2010, 05:33:24
ISBN: 83-917954-0-3
Krótki opis:
Debiut. Autopiractwo.
Fragment:
1. Litania
Bankomat ogrzał moją kartę.
Ciepło utrzymuje mnie przy życiu.
Jestem bezpieczny, bo tylko jedno może mnie dzisiaj zranić.
Musiałem znów to powiedzieć.
Musiałem w was się odrodzić.
Coś wam zawierzyć,
coś wam zawdzięczać.
Musiałem kazirodczo spłodzić samego siebie,
musiałem urodzić się z nożem w plecach,
musiałem pozostać kawałkiem mięsa usypianym w czyichś ustach,
wkładanym pod język – bezwstydnie i niepowrotnie.
Musiałem składać dłonie do papierosa, tak jak do modlitwy;
patrzeć, jak chmura przerywa płaszczyznę księżyca
i jak później rozcięty wzrok zlewa się w brzytwę.
Musiałem być ciszą, która jest najjaśniejszą barwą.
Dlatego wyprowadzę wodę ze skał, które wymówił ktoś inny,
dla których ktoś - wiedziony trwogą, pamięcią i litością - odwrócił się.
Świt oddala od siebie wszelkie kształty.
Wsłucham się w poranne pociągi,
aż zsiwieją w jeden włos.
Hear My Train A Comin’
i gotta go on the road right now baby
lord i gotta be a voodoo child baby
go out of your world and become a magic boy
Jimi Hendrix Hear My Train A Comin’
W tym cichym oddechu idę, a pod moimi stopami rozstępują się cienie.
Wiem, że ich nici zbiegają się w momencie, gdy za siebie nie patrzę –
mogą się z nich wyłaniać nawet jakieś nieznane mi twarze, głosy i rzeczy.
Jedyne ulice, w jakich wszystko wydaje się jednakowo bliskie,
to pociemniałe od kurzu, spękane od wilgoci ulice moich żył.
Ze wszystkich miast - tych spokojnych i tych gwałtownych, w których mieszkałem,
a które dziś zasługują na śmierć - niech ocaleje tylko to, co mnie ocali.
A słowa, których ciebie nauczę, rozplenią się, by następnie zastygnąć w przekwitłe kocham.
Wszystko będzie moje, wszystko sobie kupię. Nawet ciebie.
To, czego nigdy nie otrzymam, zawsze będę mógł zniszczyć;
to, czego nigdy nie będę dostanę, pokocham właśnie.
Będę uprawiał mięso warg i ścierał je na ciepłe plamy czerwieni.
Przeraża mnie tylko szept cyferblatów, przechodzący z wolna w wycie;
szept, który wyznacza i niszczy wszelkie trwanie.
Bo nie ma mnie, póki jest miasto mogące mną zawładnąć.
Nie ma miasta, dopóki ja w nim jestem i wydzieram z niego kolejne minuty miejsc.
Ono śni moją pieśń na wyjście, ale ja powrócę, powrócę ze złością wybitą w źrenicy.
Bo jestem, który opuszczam;
jestem, który wracam.
Świat widziany z łóżka
nie jestem do końca pewien
czy to miejsce jest warte
choć jednego wiersza
odwracam się
oczami dotykam zimnej ściany
brudnej już od wzroku
brudnej od pięciu godzin snu
z prawej strony
gdyby móc zignorować odrapany stół
i obrotowe krzesło
majaczy okno
majaczy szyba która koniecznie pragnie
przejąć barwę kształty tego co zostawiła
za swoimi plecami bo swoją przezroczystą twarz
zwróciła do środka jak ktoś żebrzący
o kromkę chleba
gdy patrzę w górę
zawsze pozostaje kwestia wyboru rogu
kolejnego miejsca modlitwy ostatniej wieczerzy
ołtarza konfesjonału klęcznika katafalku
rzadko spoglądam na podłogę
muszę wtedy pokonać kąt
między bigoterią sufitu
a efemerydą wiatru za oknem
***
Jestem już tak daleko od ciebie, matko,
że mógłbym umrzeć i byś tego nie poczuła.
Nawet jedna kropla mojej krwi nie spłynęłaby
pod twoje stopy.
Rzeczy tego świata nie zamarłyby w milczeniu,
żaden dzwon by nie zabrzmiał,
nikt by nie wyszedł na ulice, oczekując cudu.
Kiedy jakaś kobieta, której ciało dopiero poznaję i nie mogę
go jeszcze w pełni zrozumieć, ścieli mi łóżko;
kiedy wieże kościelne – te rzeki rozżartych psów, wymierzone
prosto w niebo – mijam i przełamuję w sobie;
ty jesteś daleko, matko, i nasłuchujesz, czy nie podchodzę do drzwi.
Kiedy jestem tak pijany, że nie mogę zasnąć,
kiedy przeprawiam się przez ulice,
pokonując ich ocienione deszczami brzegi,
ty jesteś tak daleko, matko, że w twoich dłoniach
rozkwita, kruszy się czas.
W macicy pokoju, który napina tylko po to swoje kształty,
żeby mnie przyjąć zupełnie, próbuję ciebie, matko, wywołać
głośniejszym oddechem, płaczem oddechu, myślą oddechu;
krzyczę przez sen.
Kobieta z głęboką blizną na prawym policzku
kobieta z głęboką blizną na prawym policzku
siedziała samotnie w poczekalni dworcowej
nazwa miejscowości nie jest istotna
ważne jest to że rok się wówczas kończył
i była może nawet jakaś pełna godzina
kobieta z głęboką blizną na prawym policzku
chowała swoją twarz jak dwa szybkie cięcia nożem
najlepiej w otwartych dłoniach
są pojemniejsze od światła
młody malarz nie potrafił
oddzielić konturu powietrza od jej skóry napiętej jak cierpienie
a dłoń zderzała się z oddechem
następne ruchy pędzla ustaliły jedynie obecność
kawałka ciała wpatrzonego w gładką powierzchnię obcych twarzy
kobieta z głęboką blizną na prawym policzku
zdawała się mówić
„pańska córka na pewno nie jest dziewicą”
lecz śmiała się tylko do siebie
i wyobrażała sobie że młoda niczym tamta z obrazu
Gauguina leży naga na nieprzyjemnie chropowatej
pościeli
a czuwający duch obrysowuje jej spoczywające
kształty tak jak dziecko monetę pięciogroszową
młody malarz nie potrafił oddzielić tych kształtów
a farba zaszła już nieco parą
zakryła kontur i semickość zmarszczek
tylko te dwie głębokie rysy
coś niedokończonego
młody malarz nie potrafił pokazać
postaci siedzących umierających
które wyglądały raczej jakby budziły się z płytkiego snu
wreszcie bólu
bo pierwszy szkic musiał wypełnić szpetotą
gorączką gorliwością modlitwą wieczorną
ta rana niegdyś przyjemnie rumieniła
podłogę dłonie chusteczki higieniczne
całą naturę nieożywioną
to nic że powodowała nią choroba śmierci
bo rana tak przyjemnie rumieniła
podłogę dłonie chusteczki higieniczne
wszystko co martwe
młody malarz podszedł na chwilę do obrazu
wykonał dwa ledwie zauważalne ruchy
potem odwrócił się i pomyślał że niesamodzielność
że jednak niesamodzielność
kobieta z głęboką blizną na prawym policzku
siedziała w poczekalni dworcowej
zostawiła podłogę chusteczki higieniczne
chropowatość posłania niezdecydowanie malarza
dwa ruchy pędzla pewne jak niesamodzielność
I want you, I want you so bad
I want you, I want you so bad
It’s driving me mad, driving me mad
The Beatles I Want You (She’s So Heavy)
Teraz już wiem, że błądziłem, potykając się o ciała
zaludniające puste niebo, które leżało głęboko pode mną.
Cokolwiek się zdarzyło pod tym stuwatowym słońcem,
co uderza we mnie, niech pozwoli mi powrócić do dnia,
w którym moja matka po raz pierwszy przestała krwawić
i ten pierwszy strach nazwała moim imieniem.
(A ona słucha najdelikatniejszej solówki:
Harrison skraca te struny jedynie ciepłem swoich palców. )
Zapach mojej krwi stanie się jej zapachem, gdy zauważy,
że każdego wieczoru, nie zważając na nic i na nikogo, rozpaczliwie
biegnę do niej.
(Teraz śpi w mojej rozciągniętej koszulce.
Obudzę ją i powiem: „Masz masowy grób na koszulce,
dokładnie na wysokości piersi”.
Gdy rozespana zapyta, co to znaczy, powiem,
że „Sepultura”. Później dodam:
„A ty urodziłaś się popiołem”. Wtedy zaśnie spokojna.)
Powiem o tym „My”, co nada nam jedno imię.
Powiem też – wiersze na skórze powinny być pisane śliną,
a nie krwią, która utrwaliłaby nasze milczenie.
Wiersz o śmierci
poeta mówi
ja głównie i przede wszystkim najczęściej i w ogóle o miłości i śmierci
tylko wielkie drżenia mogą mnie poruszyć
dreszcz po spełnieniu i drgawki przed zejściem
wiersz winien zatem wyglądać jak dopiero co zdjęta z twarzy
maska pośmiertna z drobinami zarostu śladami po brwiach
i włosach pociągniętych czarną pomadą
teraz widzę to wyraźnie
odkręca fiolkę z jakąś łacińską nazwą na etykiecie
wysypuje kilka pastylek na dłoń
patrzy łapczywie
pięćset miligramów nieznanej substancji w każdej z nich
to chyba dobrze bez jednego słowa niepotrzebnego gestu
przechyla i wsypuje w rozchylone usta
kilka upada lecz podnosi je na gorącym uczynku
okazuje słabość i biegnie w stronę kuchni
pochyla się nad zlewem ma ochotę wymiotować
odkręca kurek i pije aż temperatura kranu wyrówna się
z temperaturą warg obejmujących krople
a ja rozpoznaję śmierć we wszystkich zbliżających się
do mojej twarzy
którzy patrzą na mnie i mówią
lepiej było nie zaczynać
nie wracajmy do tego
lepiej będzie jak się do ciebie więcej nie odezwę
chcę tylko twojego dobra
nie chcę żebyś się niepotrzebnie męczył
rzeczywiście wiele czasu już minęło
brzmi lekko wyniośle ale to prawdziwa rana
która kłuje mnie w sercu
bo tak naprawdę to kocham ludzkość kocham życie
w żadnym z życiorysów ciebie nie uwzględnią
chociaż posłusznie spełniałeś każde życzenie
ta belka i dwa nienaruszone gwoździe
gdzie można zmierzyć świat między opuszkami palców
tak brzmi lepiej
myślę że powinieneś to docenić
cośmy z siebie zrobili przyjacielu
że ten rok dla ciebie i dla mnie był koszmarem
przepraszam nie będzie już czegoś takiego
to się już więcej nie powtórzy
możemy się nawet napić wódki
wódka o tej porze roku dobrze nam zrobi
ponieważ nie ma teraz
ponieważ synu nie będziemy
śluz przezroczysty i rozciągający się między palcami
występuje w czasie dni płodnych
***
nieustannie potrzebował świadectw miłości
ogolona głowa zgięty kark
kolana wbite w miałką ziemię
dłoń zbyt wysoko podniesiona
zawadza o obryw chmury
wrażliwa na każdy ruch w krzewach i cierniach
nie przyzwyczajona do kościanej rękojeści
widzi że klęczą i obserwują swoich sąsiadów
klęczą obok swoich sąsiadów
ta z pewnością od zawsze gryzła hostię
a ten pomyślał o krzyżu lewą ręką
nierówny chodnik równy asfalt
zimna słuchawka automatu telefonicznego
to początek stycznia więc nie mogę z tobą długo rozmawiać
doskonale wie że kochają tylko ludzie którzy przez chwilę
unoszą się na pęcherzach krwi
Czekanie. Część I
To polega na czekaniu
Papieros długa wskazówka
Sztywna od słońca firanka
Zegar skazuje mnie na godzinę dziesiątą
Każdy szmer za drzwiami
Wstaję i sprawdzam
Za każdym twoim krokiem
Koła rozchodzą się w powietrzu
Tym zbitym w mury
I chodniki
Ten mężczyzna i ta kobieta
Znikający za rogiem
Ty się w nich właśnie przeglądasz
Musisz się w nich teraz przeglądać
Inaczej ustawię przedmioty na podłodze
Inaczej dotknę swojej twarzy
A ciebie nie będzie
Bo wszystko wymiera za tobą
Wszystko wymiera w pokój
W którym jestem
Za każdym twoim krokiem
Przybywają mi kolejne słoje
To polega na czekaniu
Możesz stać tam w ciemnościach
W brudnym korytarzu
Możesz tkwić w przerywanym
Sygnale w słuchawce
Mogę wypowiedzieć ciebie dziś do końca
Bo ucieleśniam się w brak ciebie
Ze splotu dłoni opartych o skronie
Ze ścięgien okna wychodzącego
W noc
Z trzeszczenia mebli w ciszy z trzeszczenia
Osuwających się ścian
Z głębokości pokoju który jest snem
Czekam
Ostatnie zdanie tej powieści
Jego krzyk odbił się od chodnika
i już zwielokrotniony murami, szybami
i parapetami – aż po drżenie barw,
wzniósł się ponad dachy tego miasta,
rozpruwając sine jelita ulic.
Poemat tetryczny
tam gdzie była jej ręka ślepa figura z wietrzejącego
piaskowca stoję ja
niewiele potrafię sobie wyobrazić
nawet takich podstawowych przedmiotów jak dotyk
jak słuch
dawniej nie potrafili rzeźbić w oczach
kamień wydawał się zbyt kruchy a dłuto
zbyt kruche w dłoniach
rozmawiam z umarłymi
ten pan po lewej po mojej lewej
pisał wiersze prawą ręką światło przysłaniał lewą
umarł wpatrzony w dłonie
a miał w godzinie swojej śmierci obok łóżka i spłakanej żony
dzieci i wnuki siłą doprowadzone w to miejsce
wcześniej siedział głęboko w fotelu i patrzył na dłonie
myślał że jego głowa rozwija się jak kwiat
że życie jest dobre
wcześniej wskazał dłonią tamte drzewa
trochę niewyraźne bo dopiero rano
w południe lepiej widać
mówił że im bliżej centrum tego miasta im więcej ruchu cieni
na chodnikach i szybach okolicznych wystaw
tym więcej Boga w wieżach i nawach
że dobrze jest czasami nie wiedzieć w którą stronę trzeba się modlić
gdzie bliżej do ołtarza bo w dzieciństwie kiedyś siedział
odwrócony do niego plecami na takich stromych schodkach
on jego podkolanówki lewa na lewą aż widać szwy
prowadzących hen na górę gdzie organista o wszechmogący nasz królu w niebie
przyszła siostra Klara i wszystko popsuła cały misterny plan
synu mówiła Bóg łamie niegrzecznym dzieciom kręgosłupy
i potrząsała zachęcająco żelaznym krucyfiksem
lubię pokazywać młodym swoje dłonie
lekkie jak kości ptaków
porosłe drobnym i rzadkim mchem
a i bez tego gubię się w mieście
i bez tego nie wiem które drzwi należą do mnie
do wszystkich mówię bracie mówię siostro
w ich twarzach odnajduję rodziców
pochylają się nade mną i mówią
nie potrafię rozumieć
jak grecka rzeźba
która tak głosi powszechna opinia była pomalowana
w ciało zęby włosy i paznokcie
śmiać się jak ona do słońca
śmiać się do deszczu
mogę zgubić dokumenty bez wyrzutów sumienia
zgubić i nie patrzeć już więcej na nic
mogę sobie na to pozwolić i nie pamiętać
Exodos
bez względu na to gdzie będziesz
i dokąd pójdziesz zachód słońca
nad tym budynkiem pozostanie
niezmienny pozostanie niezmiennym
pozostanie niezmiennie piękny
bez względu na to czy powiesz to trzy
razy czy raz bez względu na to czy twoje
usta ułożą się do tych słów bezwolnie
wypowiesz to jak cichą nieśmiałą modlitwę
***
za ścianą umiera stara krawcowa
wpatruje się w zaciek na ścianie
płynący spod największego krzyża
tej kamienicy
zaciek zlewał się w kształt
dobrze znany z naw odpustów
z obrazów rozdawanych przez księży
w czasie kolędy podpisanych ręką dziecka
z datami miejscami zamieszkania i urodzenia
a święty obraz stojący u krawcowej na stole przedstawiał
kobietę podobną do jej matki
tylko wyrzucić te przyczernione srebrem ramy
odrzucam pościel wstaję z łóżka
a za ścianą umiera kobieta
nawet ta która mieszka drzwi obok nie wie
ile stara może mieć lat
leży na zaścielonym łóżku
patrzy się w zaciek
wodę wyłączyli gdzieś tak w połowie miesiąca
dziewczyna z góry wyszła tylko na godzinę
godzinę później strumień wyrósł i podzielił się na dwie strużki
kobieta była wtedy w kuchni i gdy wróciła do jadalnego
stała się Ona
Niepokalana o poszarpanym światłem wnętrzu
wyszła z największej plamy tamtego pokoju
kazała się starej położyć i wpatrywać w krople
włączam telewizor
a ona wciąż umiera
widocznie zasługuje na śmierć
nie jestem specjalnie smutny
tak żeby smak mdły i słodki
mnie osłonił
żeby w każdej twarzy ją zdradził
Drugi wiersz o śmierci
Gdy już będę spał w butach,
poczuję się winny.
Gdy będę spał w butach,
poczuję się winny, słaby i zniszczony.
Gdy po raz kolejny postać w lustrze
da mi znak, gdy będę wracał do siebie poprzez wszystkie miejsca,
które należały kiedyś do mnie;
gdy codziennie będę mijał kobiety wbite w czerń
i zrozumiem, że co noc ubierają się tak do snu,
wtedy wyjdę na ulicę i będę liczył ciała:
raz, dwa, trzy, cztery, leżą czwórkami,
w równym szeregu, pod krawężnikiem;
pięć – gołębie wyjadają z kieszeni bezdomnego
wszystkie zachowane na tę okazję okruchy chleba.
Będę liczył.
A teraz, wśród was, którzy patrzycie we mnie,
unoszę się żyłami do słońca.
***
Jeśli kiedykolwiek mielibyśmy się rozstać,
pomyśl o tym jak o zdradzie. Zdradzilibyśmy bowiem
wszystkich tych, z którymi żyliśmy
i których zdradziliśmy, żeby być ze sobą.
Ostatnie rozstania będą dla nas zawsze najważniejsze.
Staną się jak religia.
Mój materac był wtedy bardzo szorstki,
zerwał mi skórę z kolan, rozczerwienił łokcie.
Metafizyka zgasła naraz w małe pęknięcie w skórze między jej udami,
gdzie krzyk doprowadził moje palce.
I zrozumiesz wreszcie, że nie zawsze byłem czysty.
Lecz jakimkolwiek byłbym skurwysynem lub świętym,
wiele jeszcze zostanie mi wybaczone.
Woda w kaloryferach rozlewa się ciepłem po całym pokoju.
Próbuję zasnąć.
Exodos
Przede mną pusta popielniczka,
za mną sześć piw.
Już długo tutaj siedzę, mając wciąż nadzieję,
że może się jeszcze zdarzyć coś, co mnie wypłoszy z tego miejsca.
Może jakaś kobieta przyjdzie i mnie
stąd weźmie – a w ciszy mieszkania, gdzie duch unosi się
ponad powierzchnią prześcieradeł, nada mi nazwę
i oswoi jako kolejne, skulone w sobie i łaszące się do świata zwierzę.
Padało, gdy byłem tam w środku.
Chodniki pachną wilgocią, przez którą nawołują się psy.
Muszę jedno zapamiętać.
Nigdy nie wyjadę z tego miasta.
Ja z tego miasta ucieknę
i zostawię za sobą trzęsącą się, bezbożną, doszczętnie obcą
przepuklinę serca.
***
Tonąc w rozpuście, chuciom się oddawać
W plugawym chlewie
(z Szekspira)
przyszedłem bo wiedziałem że ją tu odnajdę
że mój wzrok zetnie się kiedyś w jej postać
po to tylko by się do niej zbliżyć
by walczyć by nie dać się
by widzieć jak prowadzi swoje trzeźwe palce od ust do popielniczki
żeby się nie pogubić
nie pomylić numeru telefonu z rozmową
twarzy z listem
w trzydziestu różnych osobach ją rozpoznawać
nie uczyć się nowych zwyczajów i uprzejmości
nie przyswajać słów mieszkań i ciał
które mnie przekroczą albo zwyciężą
jest coraz bliżej
staje się czymś pozbawionym granic
żaden kształt jej nie zmieści
żyje we mnie
pod ciepłem skóry
głęboko pod nim
może za mnie oddychać
więc oddycha za mnie
oddycha za mnie
oddycha
to sprawa krwi
pęcherzyk śliny na jej podbrzuszu
nie powinienem w to wierzyć
bo nie wierzę w nic co mnie przerasta i zatrważa
oczyszcza w przepoconej brudnej pościeli
ostatnio mało śpię więc moje życie
przypomina drzazgę światła
palce są mokre od butelki która mnie trzyma
kropla za kroplą ich przezroczyste ostrza obracają się wewnątrz
są przywiędłe jak płody jak żyły kruszące się od płaczu
podaję jej wszelkie powody żeby mnie znienawidziła
bo gdy się we mnie zaczęła
w jej oczach urodziłem swojego ojca
Trzeci wiersz o śmierci
To pierwsza odwilż tej jesieni,
a ja – rozszczepiony na cienie - idę
przez miasto, które kończy się mgłą.
Wszystkie zwierzęta, które z sobą
zabrałem, usnęły już wściekle;
te noże wyostrzone o niewinność nadgarstków.
Powiedziała mi, że ma ciało kota,
ale myśli jak pies, i w tańcu trzymała mnie za kciuk;
dzieci w bólu zaciskają palce na oddechach matek.
Powiedziałem, musiałem jej to powiedzieć przed wyjściem:
jestem złą matką i co miesiąc mogę rodzić jedynie krew,
którą nakazuję czcić, aby na powrót stała się ciałem.
Może, jak ta pierwsza kobieta, co zawsze powraca w snach,
miała lewą brodawkę nieco większą i bardziej czerwoną niż prawa.
Tak naprawdę to śni się zawsze o tej samej osobie,
której nie znamy, w której wypatrujemy swoją śmierć
jeszcze tak wątłą, że jej źrenice dopiero rozszerzy
bruzda cienia.
Oswoiłem się z nią na tyle, by żebra zacisnęła na moich dłoniach.
Powoli oswajam też to miasto i siebie, by w nich z takim spokojem
zamieszkać.
Czekanie. Część II
Teraz ty czekasz na mnie
w tym ciemnym pokoju.
Ocierasz się o ściany,
odwracasz od światła,
by śliną wykuć moją twarz
w pleśni cienia.
Znowu nie przyjdę.
Znów nikt nie wypali twoich papierosów.
W skupieniu szepczesz lekko moje imię,
wierząc, że to poprowadzi mój krok
i przywoła mnie do ciebie.
Mantra,
dopóki nie omszejesz mięsem murów.
Mantra,
dopóki nie pękną wszystkie kamienie,
nawet te nie pokryte jeszcze kurzem miast.
Za oknem poskręcane pnie drzew
czekają, aż twoja skóra rozewrze się
pod moimi palcami i wchłonie ziemię.
Ars poetica (wersja toruńska v.1.2)
Piszę tylko dlatego, żeby skupiać na sobie nienawiść.
Nienawiść wszystkich kobiet, które mnie kochają, a w których nie ma poezji.
Dlatego nigdy nie zostaną one kurwami metafizycznymi.
Nienawiść kurew z ulicy Ducha Świętego,
ulicy, która nigdy całkowicie się nie wyludni
i nigdy nie spłynie krwotokiem w krzyże krucht i naw.
Nienawiść kurew z „Milesa”, kurew z „Misia”, kurew z „Bazy” i „Zezowatego Szczęścia”.
Nienawiść kurew z innych knajp tego zranionego miasta,
które trzęsie się od śmiechu ich łapczywych podbrzuszy,
zdolnych pomieścić każdą kroplę ciepła, na jaką się natkną.
Ich potomstwo zmiażdży mi głowę.
Zanim jednak tak się stanie, przemienią się one w starą,
wolonogą glinę.
O jednym powinny zawsze pamiętać:
ciało, które grzeszy, to umrze jako pierwsze.
Skupię na sobie nienawiść policjantów z Wydziału Prewencji I Komisariatu Policji w Toruniu;
pankosmiczną nienawiść pełniącego obowiązki komendanta, podinspektora Jerzego Węta.
Nienawiść pielęgniarzy z Kasztanowej 16,
którzy sprawią, że wydatki na izbę wytrzeźwień
odpiszę od mojego rocznego zeznania podatkowego.
Nienawiść wbitych w żółte kurtki osób roznoszących ulotki dla „Taniej Księgarni” z Łaziennej,
którzy to nie pamiętają twarzy przechodniów;
pamiętają jedynie ich dłonie.
Nienawiść ekspedientek z „Rothmansa” i z „Hani”, tych o spoconych palcach.
Muszą mnie nienawidzić, bo wiedzą o mnie wszystko.
Nienawiść sprzątaczy z MPO, którzy - pod przewodnictwem
starszego inspektora do spraw oczyszczania, Grzegorza Mickiewicza –
przeżywają chwile istnienia w międzyprzestrzeni,
bo mimo jaskrawo pomarańczowych kombinezonów każdy unika ich wzroku.
Nienawiść kierowców nocnych taksówek,
którym życzę nieśmiertelności.
Skupię wreszcie na sobie nienawiść pracowników naukowych UMK.
Jak rzekł pewien młody poeta - ich śmierć będzie wielką szansą dla polskiej nauki.
Skupię na sobie nienawiść tych wszystkich ludzi i ją sprzedam.
Jacek Podsiadło wypełnia, a potem drze na strzępy deklarację podatkową Marcina Świetlickiego
Mam prawie czterdzieści lat i ocaliłem swoją duszę, nie pozostawiając jej na żadnej kliszy w tym kraju
(Autoportret pod światło Autoportret w kominiarce Autoportret w masce
Autoportret z kobietą Autoportret z psem Autoportret z obciętymi włosami i fajką
Autoportret z Ernesto Ché Guevarą Autoportret z sercem na wysokości wątroby).
Coraz mniej ludzi może mnie dotknąć, ponieważ mieszkam tam, skąd wszędzie jest daleko.
To, co do tej pory w życiu zrobiłem, było ode mnie doskonalsze.
Tak doskonałe, że nie mógłbym się w niczym takim przejrzeć, ani nawet odnaleźć w tym tkanki siebie.
Teraz rozwijam w sobie nienawiść metafizyczną do innych poetów.
Mogę więc poczuć się silny, chociaż moje płuca nie są już zdolne pomieścić tych zdań,
A gardło wrze od duszących płodów krzyku.
O ile Plus GSM będzie miało tu zasięg, poczuję się jeszcze lepiej,
Wysyłając Świetlickiemu kolejnego smsa.
W każdym moim wierszu Anna Maria smutną miała twarz, tak nie podobną do skażonych kiłą
twarzy hucułek.
Trawa była najzieleńsza w świecie, młode wino o tej porze roku smakowało mi najlepiej.
Za namiotem deszcz wybrzmiewał ciszej i dłużej.
Wśród tych drzew dorosłem do przypadkowego ojcostwa.
W czasie, gdy Babilon pukał do moich drzwi i zabierał moje pieniądze,
Oddając je dziecku, które się we mnie wciąż kurczy,
Pociągi pospieszne („Pociąg pospieszny jest dobry – trzeba zapisać to haiku –
Ale nie tak dobry jak Chrystus”), pociągi pospieszne przekraczały śmierć,
Dzieląc noc na pięści moczu, wypisane podkładami torów.
Jeśli tego nadal nie rozumiecie, znaczy to, że zbliżacie się do Boga.
Bo takie wiersze łatwo odrastają od kikuta tytułów, a potem się o nich zapomina.
Litania intertekstualna
„Jestem już tak daleko od ciebie, matko, że mógłbym umrzeć i byś tego nie poczuła”.
Żebyś mogła przeczytać to zdanie, musiałem wpierw odpaść od stolika,
w który się cierpliwie wcierałem, i wydostać je z baru.
Wódka wypłukuje z mężczyzn słowa, odbiera oczom blask,
a przydaje głębi bawiącej się w śmierć.
Musiałem więc w tym brnąć, mamo, przeciskając się w stronę wyjścia.
Musiałem przedrzeć się przez tych, co przyszli tu przeczekać noc,
dodawszy do niej godzinę, bym ja gubił kolejne głoski.
Przedrzeć się przez czterdziestoletnią Ukrainkę,
która nachylając do mnie swoje zaczerwienione w winie wargi,
mówiła: „Młody pan jest bardzo smutny. A byłaby ochota zatańczyć?”
(„Całuj mnie, całuj mnie mocno” – śpiewała Diana Krall).
Musiałem to przetrzymać, jak święty Antoni z obrazu Dalego.
Wznieść krzyż palców naprzeciw jej obłudnym, obwisłym piersiom, zgiąć kark i odmówić.
Wznieść krzyż naprzeciw pragnących tego, bym zanurzył się w nich, pożółkły od nikotyny.
W wytrzeszczonych neonach banków i sklepów byłem tak niewyraźny,
że nie mogłem siebie rozczytać.
W wytrzeszczonych od latarni kałużach zrozumiałem,
że Bóg jest we mnie jedynie metaforą;
moje wiersze religijne nie są szczere.
Do dziewiętnastego roku życia nie wiedziałem, co oznacza miasto we mnie;
moje wiersze o miastach nigdy nie będą szczere.
O wiele więcej kobiet opisałem, niż dotknąłem;
dlatego to wszystko nie jest szczere.
I od zawsze chciałem napisać Biblię – nie taką dla tłumów,
lecz jedynie dla tych, co za mną pójdą.
Biblii, mamo, nie tytułuje się, nie poświęca się jej nikomu,
więc nie nadałem żadnej nazwy wierszowi,
który zaczął się od zdania wydostanego stamtąd.
Teraz już widzisz, teraz wiesz, że wtedy w nocy mogłem modlić się
tylko do ciebie.
Starzy ludzie
Pamiętają najlepiej tylko te dni,
o których najbardziej chcieliby zapomnieć.
Lubią mówić do siebie,
lubią patrzeć w suche oczy dzieci,
bo ich źrenice nie są rozcieńczone zmęczeniem.
Każdy z narządów starych ludzi posiada szczegółowy rodowód.
Zmiażdżona łękotka w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym,
wrzód pęknięty w sześćdziesiątym ósmym,
lewa noga bez czucia po wylewie w osiemdziesiątym.
I zaraz potem mówią: „Pamiętam szczyt niesprawiedliwości
- ładne lato bez spacerów,
oraz ten pierwszy zawał w osiemdziesiątym dziewiątym”.
Kiedy starzy ludzie piszą wiersze,
to piszą o tym, jak ktoś nie ustąpił im miejsca w autobusie.
Ich głos w chórze błagalnym się rozmywa –
do szpiku przegryzionych zdań, do języka poderżniętego blokowiskami.
Ostatni wiersz o śmierci
I've felt the hate rise up in me...
Kneel down and clear the stone of leaves...
I wander out where you can't see...
Inside my shell, I wait and bleed...
Slipknot Wait And Bleed
Gdy ciemność pęknie i uwolni ziemistą, zetlałą bryłę słońca,
wtedy wrócę i będę liczył:
Jeden –
Ptaki oderwały się od gałęzi, gdy prezenter pogody pomylił kierunki świata.
Dwa –
Dziś dwukrotnie z rzędu sygnalizacja na skrzyżowaniu zmieniła się z żółtej na czerwoną.
Trzy –
W rozjaśnionym ołtarzu rozkładu jazdy zobaczyłem ranę nad swoją lewą brwią.
Kiedy ona popłynie pod palcami, uwierzę w siebie tym bardziej.
Cztery –
Gdy moja matka usnęła w autobusie, zapaliły się lampy uliczne.
Pięć –
W moim autobusie nikt się nie odezwał aż do pętli.
Sześć –
Grzechy ludzkości są lżejsze niż gromnice latarni. Ksiądz zasypia w konfesjonale.
Siedem –
Woda święcona wsiąka w czoło pocięte liniami lat.
To czoło - skruszone i pełne pokory - chodnik doprowadził do najbliższego kościoła w okolicy,
do tego nagiego mężczyzny zaciskającego w dłoniach gwoździe.
(Rzeźbiarz zapamiętał go w momencie, gdy ten patrzył w lewy róg
nieba, skąd Bóg widzi ludzi jakby przyschniętych rzęsami do ziemi).
Osiem –
Światła na sąsiednim bloku układają się w dwa splecione balkonami serca.
Dziewięć –
Jest odwilż i wszystko powraca na swoje miejsce.
Przechodzień to zrozumiał. Zatrzymał się nagle na chodniku pośród innych przechodniów.
Nie zawahał się. Zawrócił.
Dziesięć –
Okno, ta rana, przez którą wysączy mnie cisza większa od was wszystkich, otworzy się ostatecznie.
Na golgotach czół, ust i piersi - myślą, mową, uczynkiem;
z obrotu rzeczy, ze znaków na niebie i ziemi – nic nie uwolni stromej i pylistej blizny krzyku.
Nothing can stop me now
Nothing can stop me now
Cause I don’t care anymore
Nine Inch Nails March of The Pigs
Przez pięć lat, które przeżyłem w stałym związku,
poznałem dobrze tylko to, jak rozstawać się w złym stylu.
Więc teraz interesują mnie jasne sytuacje,
one jedynie sprawiają mi przyjemność.
Te łzy, ich głupie kobiece łzy. Codziennie przemieniam je w wino.
Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę czuł do nich takie obrzydzenie,
jakie czuję w tym momencie do siebie.
Moje włosy pachną trzema kobietami,
jednej krew hoduję na moim prześcieradle –
nie myślę o jej następnej miesiączce,
bo ona nie czci mnie kolanami i udami.
Moja ślina mogłaby w niej dojrzewać, skoro nic we mnie nie dojrzewa.
Więc może tym razem wygram – i w tej krwi pozostanie odcisk moich bioder,
co zaświadczy, że moja droga jest słuszna, konieczna i uratuje mnie od ognia.
Nic mnie nie zatrzyma.
Odtąd wejdę w każdy sen,
wkradnę się w każde zdjęcie,
w każde życzenia noworoczne.
Być szczurem.
Być Bogiem zazdrosnym,
który za nieprawość jednej ukaże następną,
nieprawość tych, które mnie nienawidzą lub na mnie czekają.
Ostatnia z nich.
Kiedy spała, pokazałem ją swojemu przyjacielowi;
pokazałem mu też, ile mogę z nią zrobić.
Przeszukałem jej torebkę. Wiem, jak się nazywa.
Jej nazwiska nie potrafiłbym nigdy poprawnie wymówić.
Znalazłem też zdjęcie.
Czarno-białe, kremowe poszarpane brzegi, zalane czymś czerwonym.
Miała na nim jeszcze nietlenione włosy,
w które wtulała jakiegoś starszego od siebie mężczyznę.
Nie zatrzyma mnie.
I odtąd nie będzie już nic, o czym nie byłbym w stanie pisać.
Żadnej czystości, której nie zdołałbym przeżyć i porzucić.
Żadnej śmierci, której bym nie przetrwał.
Żadnej doskonałości, której nie mógłbym zagarnąć dla siebie.
Nic mnie nie zatrzyma, teraz i zawsze czerniąc płuca kartek.
Zatem przegram.
***
Znów cały dzień układałem pasjansa na komputerze.
Niczego to nie zmienia i nie czyni pełniejszym
Mógłbym tak przez kilka dni
Jakby zależało od tego moje życie
Kiedyś w jednym ze swoich pierwszych wierszy potrafiłem niewinnie napisać
za mało słów
by ubrać w nie uczucia
za dużo egoizmu
by przestać je w sobie pielęgnować
za mało odwagi
by skończyć
Do dzisiaj tego nie zaznałem
Chciałbym więc uwierzyć w to że mam nieśmiertelną duszę
Uwierzyć w Boga i wszystkich świętych którzy by mnie zbawili
Jakaś nagła interwencja mogłaby coś w tym momencie zmienić
Modliłbym się znów tylko wówczas gdybym cierpiał
Modliłbym się za kobiety moich przyjaciół
Zawsze im współczułem bo były jak nagie bezwolne zwierzęta
Zawsze mówiłem że to zbyt późno
Aby cokolwiek zaczynać z tymi mężczyznami
Zawsze sobie mówiłem że jestem od nich trochę lepszy
Że niczego nie zmarnotrawię nie zdewastuję
Że to przeżyje
Nigdy stąd nie wyjdę nie ma czego szukać tam na ulicy
Piękni ludzie zostali w domu
Rozłożę karty na ekranie i pomodlę się
Ale już cicho
Palce tłem dla skroni
Już cicho
Cicho
Pierwszy wiersz w nowym roku
Pamiętam, dokładnie pamiętam, że wspierałem się na jej ramieniu,
gdy szliśmy, mijając tysiące cichych ulic.
Skóra na nim jest ciemniejsza, czułem ją lekko pomarszczoną.
Mówiła, że jest ono takie od urodzenia, bo trzymała je przytulone do ciała;
jak gdyby była to jedyna rzecz, jaką mogła mieć wtedy na własność.
Nie widzę żadnej różnicy; przedmioty, które kocham,
przedmioty, w które się ubieram,
są tak samo ciepłe.
A obok tego są te inne, obrzydłe w źrenicy,
które mnie wracają.
Ale z moim życiem jest chyba wszystko w porządku.
Czasami płaczę.
Czasami mam wyrzuty sumienia.
Czasami myślę o przeszłości.
Więc jest dobrze.
Czasami też myślę o tym, że ona śpi daleko ode mnie,
a ja zaludniam jej sny.
Pewnie śni o tym, że też śpię, że jesteśmy w tym samym miejscu,
ale ja oddaliłem się, żeby nigdy więcej jej nie widzieć.
Dym z moich ust zatacza się w powietrzu,
światła gasną w rytmie kroków.
Teraz cień. Dopóki nie zrównam kroku z latarnią, nie będę istniał.
Jest cień, ale tylko wówczas, gdy za moim krokiem równa się ze światem,
który naraz staje się na tyle wielki, że można w nim pomieścić stearynę twarzy.
W niej matowe krople oczu obracają kręgosłup ku światłu.
Jest krzyk, co rośnie we mnie i czeka, aż rozleję się w sokach ziemi.
Znów sam na ulicy, znów słychać jedynie stukot moich butów.
Ciemność chowam do kieszeni,
bijąc bezsennością w chłodną oparzelinę słońca.
Karta telefoniczna, Lublin na starej pocztówce, trzy impulsy.
Mogę powiedzieć kilka zdań,
powiedzieć na przykład:
kocham cię, chciałbym być z tobą, tylko nie wiem, co dalej mam z tym robić.
Albo też – nauczę się kochać tylko jedną kobietę.
Nauczę się odmawiać, kiedy zechcą, żebym odmawiał.
Powiedzieć - jest tyle miast do odwiedzenia,
tyle kobiet, które mógłbym pokochać;
ich włosy rozpuszczałbym pod językiem.
Teraz milczenie w słuchawce, słowa stają się cięższe od najcięższych kamieni,
które powstałe ze śliny, toczą się, obijając od arkad żeber.
Niech więc będzie to jak pokuta – bezwolne drgnienie powiek i zatrzymanie między nimi
obrazów, wyrastających falą spod moich stóp.
Zacinam się i krztuszę tym, co zostało stworzone tylko dla tego, co widzicie tutaj;
tutaj nikogo nie potrafię okłamać, w każdym innym miejscu staje się
to coraz łatwiejsze.
Do mojego rocznika
Teraz gdy
Sto sześćdziesiąt znaków wystarczyłoby do tego by ocalać narody
Ocalając przy tym samych siebie
Dopasowujemy wiersz do rozmiarów dłoni
Której już nic nie zbije w rozchwiane sine kamienie pięści
Dlatego musimy uwierzyć międzynarodowemu kapitałowi spekulacyjnemu
Wielkim korporacjom i koncernom medialnym
I układać dla nich klastry dysku twardego
W kształt najczystszych sonetów lub pieśni
I wpisywać format c: - udając że rękopisy nie płoną
Dotknąć alt+control+delete świata
Który zgładzi wszystkie jego grzechy
Udawać że nie mówią za nas demografia i ciasne rubryki statystyk
Bestia jest chociaż nie wypada wierzyć w jej istnienie
Kiedy jednak zbliży się znów do nas i doliczy do sześciu
Pokolenie wyschnie w pierwszych dziennych autobusach